wtorek, 27 czerwca 2017

Gotowanie po włosku: sycylijska pasta alla norma

Gotowanie po włosku: sycylijska pasta alla norma
Pasta alla norma to sycylijskie danie z bakłażanem i soloną ricottą w roli głównej. Muszę Wam się przyznać, że chociaż od dwóch lat nie jem mięsa i ryb, to jednak troszkę oszukuję. Na początku wynikało to z mojej niewiedzy. Nie wiedziałam bowiem o tym, że do produkcji serów bardzo często wykorzystywana jest podpuszczka. Ba, nawet nie miałam pojęcia o jej istnieniu. A podpuszczka to enzym trawienny pozyskiwany z żołądków zwierząt. Istnieją też jej wegetariańskie odpowiedniki - roślinne i syntetyczne, jednak nie oszukujmy się, przy produkcji większości dobrych, włoskich serów długodojrzewających prawdopodobnie wykorzystywana jest podpuszczka zwierzęca. Prawdopodobnie, bo na opakowaniach pojawia się zazwyczaj informacja o tym, że użyto caglio (podpuszczki), jednak o tym jakiego pochodzenia już nie. Tak więc od czasu do czasu grzeszę i jem parmigiano, pecorino czy grana, mając świadomość, że nie są to sery wegetariańskie. 

Jak możecie się już domyślić, poruszyłam ten temat dlatego, że ricotta salata (solona ricotta) to ser dojrzewający. Najczęściej wytwarzany jest z mleka owczego, jednak w niektórych regionach produkowany jest także z mleka koziego. Ser ten ma bardzo specyficzny smak i nie przypomina nawet odrobinę zwykłej ricotty. W przygotowaniu pasta alla norma ser ma spore znaczenie, więc jeśli możecie gdzieś zaopatrzyć się w soloną ricottę, to warto to zrobić (podobno można ją kupić w supermarkecie Piotr i Paweł). Zdaję sobie jednak sprawę, że nie tak łatwo go dostać, w takim wypadku proponuję zastąpić go innym twardym serem, na przykład pecorino lub parmezanem.



Składniki dla 2 osób:

- 200 gramów makaronu (najlepiej maccheroni lub busiate, może być też penne (ja użyłam cavatelli)
- 1 bakłażan
- 1 puszka pomidorów
- 40 gramów solonej ricotty
- kilkanaście listków bazylii
- 2 małe ząbki czosnku
- olej do smażenia
- oliwa z oliwek
- sól




1. Bakłażana myjemy, osuszamy, kroimy w 5-8 mm paski i solimy. Wkładamy do cedzaka i zostawiamy na godzinę, dwie, aż z bakłażana odsączy się nadmiar wody.

2. W międzyczasie przygotowujemy sos. Na niewielkiej ilości oliwy z oliwek smażymy czosnek (w całości) i dwa listki bazylii. Dodajemy pomidory z puszki, solimy (niepełna łyżeczka) i gotujemy przez 20 minut. 

3. Plastry bakłażana osuszamy ręcznikiem papierowym. Smażymy na głębokim tłuszczu, a kiedy ładnie się zarumienią, wyjmujemy łyżką cedzakową i układamy na ręczniku papierowym. Bakłażana możemy zostawić w plastrach, jednak polecam pokroić go w kostkę. Możemy to zrobić jeszcze przed smażeniem.

4. Z sosu pomidorowego usuwamy czosnek, dodajemy bakłażana i mieszamy. Następnie dodajemy makaron ugotowany al dente i startą ricottę. Posypujemy posiekaną bazylią. Smacznego!



Ocena: Chociaż do bakłażana ciężko mi się było przekonać, to w takiej wersji smakuje wybornie. Pasta alla norma trafiła na listę moich ulubionych dań. Może nie jest najzdrowsza, bo jednak bakłażan smażony jest na głębokim oleju, jednak od czasu do czasu można zgrzeszyć. Sama ricotta salata ma tak charakterystyczny smak, że jeśli nie lubicie bakłażana, to warto wypróbować to danie tylko z sosem pomidorowym i serem.




Przepis pochodzi z książki Carlo Cambi - Le 365 migliori ricette delle cucina italiana

Jeżeli lubicie kuchnię włoską i chcecie być na bieżąco z moimi wpisami, zapraszam do polubienia strony na facebooku: Quembec - lifestyle po włosku :)


piątek, 23 czerwca 2017

Sestri Levante, wycieczka z psem nad Morze Liguryjskie

Sestri Levante, wycieczka z psem nad Morze Liguryjskie
Kto z Was słyszał o Sestri Levante? My o tym miasteczku dowiedzieliśmy się zupełnie przypadkiem, szukając plaży, na którą moglibyśmy bez problemu wejść z naszym psiakiem. Upały w Mediolanie dały nam w kość i postanowiliśmy uciec na jeden dzień z miasta.


Licząc na morską bryzę i chwilę odpoczynku, wybraliśmy się nad Wybrzeże Liguryjskie. Znajoma poleciła nam Sestri Levante, bo miejscowość ta leży dość blisko Mediolanu i znajduje się tam plaża przeznaczona dla czworonogów. W sobotę rano wskoczyliśmy więc do samochodu i po 3 godzinach (korki) dotarliśmy na miejsce. 


O dziwo dość szybko udało nam się znaleźć miejsce parkingowe. Kto był we Włoszech, ten pewnie wie, że parkowanie w tym kraju to prawdziwy wyczyn. Wszędzie jest tyle samochodów, że szukanie miejsca zajmuje przeważnie kilkadziesiąt minut. A jak na wyznaczonych do tego obszarach nie ma się już gdzie wcisnąć, to parkuje się na chodnikach, pasach albo na przykład na środku drogi. ;)

Po dwudziestu minutach walki z parkomatami ruszyliśmy na plażę. Nie wiem, czy nad Bałtykiem też są plaże dla zwierząt, ale to naprawdę świetna sprawa. Można puścić psa luzem i nie martwić się o to, że jakiś psi nielub zacznie narzekać na kręcące się pod nogami czworonogi. Przeważnie miejsca te są też mniej zatłoczone. 





Morskiej bryzy niestety nie uświadczyliśmy, więc na zmianę chowaliśmy się pod parasolem i chłodziliśmy w morzu. Nawet Daisy zdecydowała się na małą kąpiel, czego bardzo szybko żałowała ;).



Powylegiwaliśmy się trochę na plaży, po czym wybraliśmy się na spacer. Niestety było tak strasznie gorąco, że godzinę później (po zjedzeniu focacci i lodów ;)) postanowiliśmy wrócić do domu. I my, i Daisy nie mieliśmy już na nic siły. Nie udało nam się co prawda zobaczyć najładniejszej części miasteczka, ale zawsze fajnie pobyć nad morzem chociaż przez chwilę.









Jeżeli lubicie Italię i chcecie być na bieżąco z moimi wpisami, zapraszam do polubienia strony na facebooku: Quembec - lifestyle po włosku :)




wtorek, 20 czerwca 2017

Gotowanie po włosku: klasyczna focaccia

Gotowanie po włosku: klasyczna focaccia
Hip hip hurra! Dzisiaj ruszam na blogu z nową serią - gotowanie po włosku! O co chodzi i czym te wpisy będą się różniły od poprzednich? Jeśli czytaliście mój ostatni post o dolce vita, to pewnie już wiecie. Tym, którzy przegapili, bądź są u mnie po raz pierwszy, już wszystko wyjaśniam. Oglądaliście film Julie i Julia? To opowieść o blogerce - Julie Powell, która postanowiła w ciągu roku wypróbować wszystkie przepisy z książki Julii Child - Mastering the Art of French Cooking i opisać swoje doświadczenia na blogu. A co to ma wspólnego ze mną? Zdecydowałam się iść tropem Julie Powell i wypróbować jak najwięcej przepisów...kuchni włoskiej. Do tej pory opublikowałam już na blogu kilka pomysłów na proste włoskie dania, które jem na co dzień. Moim planem jest jednak poznanie kuchni włoskiej jak najlepiej - wypróbowanie nowych smaków i próby odtworzenia klasyków w warunkach domowych. Uzupełniłam swoją biblioteczkę w kilka pozycji związanych z kuchnią włoską i bazując na nich i na włoskich blogach i stronach kulinarnych, będę zmagać się z cucina italiana.


Na pierwszy ogień idzie focaccia. Co to właściwie jest focaccia? Pieczywo? Baza pizzy? Placek? Jak zwał, tak zwał, o potrawie tej słyszeliście pewnie wszyscy. Ba, nawet w tak małym mieście jak Płońsk można to danie zamówić. Co prawda w wersji polskiej, bo ze smalcem, ale można :)



Składniki na ciasto:

- 470 gramów mąki
- 5 gramów drożdży instant
- 230 gramów letniej wody
- 115 gramów letniego mleka
- 12 gramów soli
- 16 gramów cukru
- 45 gramów oliwy z oliwek

Dodatki:

- oliwa z oliwek
- sól, najlepiej gruboziarnista
- rozmaryn/pomidory/oliwki

1. Mąkę mieszamy z drożdżami i cukrem. Użyłam mąki 0, według mnie z polskich odpowiedników dobrze sprawdzi się typ 550.

2. Do suchych składników powoli wlewamy letnią wodę wymieszaną z mlekiem i łączymy składniki. Dodajemy oliwę i sól, po czym wyrabiamy przez 15 minut. Ciasto będzie dość rzadkie. Jeśli chcecie zobaczyć jaką powinno mieć konsystencję, to polecam zerknąć na poniższy film (2:30).


3. Ciasto przekładamy do posypanej mąką miski, przykrywamy ścierką i odstawiamy do wyrośnięcia na 1-2 godziny (do podwojenia objętości). Żeby przyspieszyć proces, miskę z masą wkładam do wyłączonego piekarnika, uprzednio nagrzanego do 50 stopni. 

4. Kiedy ciasto ładnie wyrośnie, natłuszczamy ręce oliwą i rozciągamy focaccię na naoliwionej blaszce. 

5. Blaszkę z ciastem przykrywamy ścierką i odstawiamy na kolejne 30-60 minut.

6. Dłonie moczymy w oliwie i palcami robimy zagłębienia w cieście.

7. Czas na dodatki. Na cieście układamy pomidory, oliwki lub gałązki rozmarynu. Całość posypujemy solą i polewamy obficie oliwą. 


8. Pieczemy w 180 stopniach przez 25-35 minut. Możemy podawać samodzielnie i moczyć w dobrej oliwie, bądź przekroić i wykorzystać do kanapek. Smacznego! :)


Ocena: Zanim napisałam dzisiejszy post, robiłam trzy podejścia do focacci. Chociaż pierwsza i druga próba była dość udana, to wydawało mi się, że ciasto jest nieco za suche. Postanowiłam więc wypróbować inny przepis z większą ilością oliwy i to był strzał w dziesiątkę. Masa jest dużo rzadsza i jeśli nie mamy miksera z hakiem, to niestety dość ciężko się ją wyrabia, jednak po upieczeniu focaccia jest pyszna i chrupiąca. Najlepiej zjeść ją na ciepło, bądź podgrzać przed podaniem, bo następnego dnia jest już dość twarda. Przepis jak najbardziej polecam, chociaż osobiście wolę miękką focaccię wypełnioną białym serem, którą to będę testować w najbliższych tygodniach. 



Przepis pochodzi z bloga: Giallo Zafferano

piątek, 16 czerwca 2017

Dolce vita, czyli kilka słów o życiu na emigracji

Dolce vita, czyli kilka słów o życiu na emigracji
Mam wrażenie, że żyjąc na emigracji trochę za bardzo skupiamy się na tym, czego nam w danym kraju brakuje, zamiast docenić to, co mamy pod nosem. Koniecznie chcemy sobie stworzyć małą ojczyznę w państwie, do którego wyemigrowaliśmy. Kilka miesięcy po przeprowadzce do Włoch miałam prawdziwą obsesję na punkcie polskiego jedzenia. Brakowało mi wszystkiego, od pierogów i sernika, aż po kapuśniak, za którymi nigdy tak naprawdę nie przepadałam. Jestem niestety jedną z tych osób, które zawsze chcą tego, czego w danym momencie mieć nie mogą. Jak jestem we Włoszech, to tęsknię za Polską. Jadę do Polski i tęsknię za Włochami. 

życie na emigracji

Ostatnio poznałam w Mediolanie Polkę, z którą rozmawiałyśmy o tym, jak nasi znajomi postrzegają życie we Włoszech. Oczywiście wszystkim wydaje się, że jest to prawdziwe dolce vita. I wiecie co? Właściwie dlaczego miałoby takie nie być? Może zamiast marudzić, że w Polsce to na pewno zrobiłabym karierę, w Polsce czułabym się bezpieczniej, w Polsce nie jest tak gorąco, to warto pomyśleć o tym, jak wiele ma mi do zaoferowania kraj, w którym żyję? (Jeśli ktoś z moich znajomych czyta ten post, to pewnie teraz płacze ze śmiechu, że pisze to Marysia, największa maruda świata ;).

życie na emigracji

Postanowiłam więc zacząć walczyć z takim nastawieniem i od tej pory doceniać, w jak pięknym kraju mam okazję mieszkać. Oczywiście to nie tak, że teraz mam moją ojczyznę w głębokim poważaniu. W tym roku wakacje spędzimy w Polsce, z czego jestem bardzo zadowolona i będę korzystać z  jej uroków najlepiej jak potrafię. Może jednak zamiast kolejny raz rozpaczać, że w pobliskim spożywczaku nie kupię ogórków kiszonych i twarogu, to wreszcie dotrze do mnie, że mogę tam kupić piękne dojrzałe pomidory, świeżą mozzarellę i kilkanaście rodzajów pysznego makaronu ;)?

życie na emigracji

Pierwszym krokiem do zmiany mojego nastawienia będzie próba poznania włoskiej kuchni. Do tej pory nauczyłam się robić kilka rodzajów sosów, ale na tym w zasadzie się skończyło. Dlatego od poniedziałku ruszam z nowymi wpisami o tym, jak każdego tygodnia próbuję przyrządzić nowy włoski przysmak. Zacznę od focacci. Stay tuned! :)

Jeśli chcecie być na bieżąco z moimi wpisami, zapraszam do polubienia strony na facebooku.

środa, 14 czerwca 2017

Bellini, rossini, prosecco all'anguria - 3 włoskie drinki

Bellini, rossini, prosecco all'anguria - 3 włoskie drinki
Mówiłam Wam już, że marzy mi się taras? Najlepiej na dachu, z widokiem na włoskie zabytki i porośnięty piękną, bujną roślinnością... Na moim wyimaginowanym tarasie jest mały stoliczek, przy którym piję poranną kawę. Jest też stary drewniany stół, gdzie w letnie wieczory jemy kolacje, a w weekendy podajemy znajomym grillowane specjały i zimne Peroni. Nie może też oczywiście zabraknąć białego hamaka, na którym wyleguję się w sobotnie poranki z książką i mrożoną herbatą w ręku. I wreszcie - są dwa leżaki, z których podziwiamy zachód słońca, popijając jednocześnie wyborne włoskie drinki. I na tych drinkach się skupmy, bo chociaż nie zapowiada się na to, żeby moje marzenie o tarasie miało  się spełnić w najbliższej przyszłości, to jednak  łatwo zrealizować marzenie o popijaniu wybornych koktajli w ciepłe letnie wieczory. :)


bellini, rossini, prosecco all'anguria


Dzisiaj mam dla Was przepis na trzy pyszne drinki na bazie prosecco i świeżych owoców. Pierwszy to Bellini, jeden z najbardziej popularnych włoskich koktajli. No dobrze, mój chłopak - Włoch - nigdy o tym drinku nie słyszał, ale nie jest miłośnikiem wina, więc zakładam, że mimo wszystko koktajl ten jest bardzo znany i lubiany ;). Czego potrzebujemy do przygotowania Bellini?


Składniki:
- 1 brzoskwinia
- 150 ml prosecco lub innego białego wina musującego

Brzoskwinię obieramy, usuwamy pestkę i wrzucamy do blendera (brzoskwinię, nie pestkę ;)). Wlewamy wino i miksujemy. Gotowe!




Przejdźmy teraz to drugiej i mojej ulubionej wersji tego drinka - Rossini, w której to brzoskwinie zastępujemy truskawkami. Sezon truskawkowy jest niestety bardzo krótki, wykorzystajmy go więc jak najlepiej. :)

Składniki:
- 150 ml musu truskawkowego
150 ml prosecco lub innego białego wina musującego

Truskawki myjemy i usuwamy szypułki. Blendujemy, dodajemy wino i mieszamy.


Trzecia wersja nie ma tak uroczej nazwy jak dwie poprzednie. Jest to prosecco all'anguria, czyli po prostu arbuzowe prosecco i jak się już pewnie domyślacie, zamiast truskawek i brzoskwiń dodajemy arbuza. Idealna opcja na lipcowo-sierpniowe upały.

Składniki:
- 150 ml musu z arbuza
150 ml prosecco lub innego białego wina musującego

Arbuza kroimy na kawałki i usuwamy pestki. Blendujemy, dodajemy wino, mieszkamy i voilà!



A jaki jest Wasz ulubiony drink? Jeśli wypróbujecie któryś z powyższych koktajli, koniecznie dajcie mi znać! :)





Zapraszam do polubienia strony na facebooku.


sobota, 10 czerwca 2017

Arepa, wenezuelskie danie w wersji włoskiej

Arepa, wenezuelskie danie w wersji włoskiej
Dzisiaj dla odmiany mam dla Was przepis na danie kuchni latynoamerykańskiej. Dlaczego akurat arepa? Dwa lata temu pracowałam w Mediolanie jako kelnerka w knajpie wenezuelskiej. Właściciel baru to Włoch, który przez kilka lat mieszkał w Ameryce Południowej. Po powrocie do kraju postanowił otworzyć lokal, w którym będzie serwował arepas oraz inne specjały kuchni latynoamerykańskiej. I tak poznałam smak smażonych platanów, jukę, hallaca i quesillo.

kuchnia wenezuelska

Wróćmy jednak do arepas. Są to placki z białej mąki kukurydzianej, które z wyglądu przypominają nieco bułkę od kebaba. I tak też się je podaje. Wystarczy je naciąć i napełnić farszem. W miejscu, w którym pracowałam, najbardziej popularna była arepa z mięsem (carne mechada). Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, żeby przygotować wersję wegetariańską. Ja proponuję Wam arepa all'italiana: dojrzały pomidor, mozzarella i świeża bazylia. 


kuchnia wenezuelska

Składniki na 5 arepas:

- 2 szklanki białej mąki kukurydzianej (ja kupuję bardzo drobno zmieloną mąkę P.A.N.; dostępna między innymi w sklepie Kuchnie Świata)
- 2,5 szklanki wody
- 1 łyżeczka soli

Nadzienie:

- 2 dojrzałe pomidory
- 2 kulki mozzarelli
- kilkanaście listków bazylii
- oliwa z oliwek

Wodę wlewamy do miski, dodajemy łyżeczkę soli i powoli wsypujemy mąkę. Wyrabiamy dokładnie ciasto, pilnując, żeby nie powstawały grudki. Gdy masa jest już gotowa, odkładamy ją na kilka minut. W międzyczasie rozgrzewamy patelnię z nieprzywierającą powłoką (jeżeli takiej nie mamy, zwykłą patelnię smarujemy odrobiną oleju). Z masy formujemy kulki i rozpłaszczamy je, aż powstaną dość cienkie dyski. Smażymy na średnim ogniu około 5 minut, po czym przewracamy na drugą stronę. Gdy arepa jest już ładnie zarumieniona z obu stron*, zdejmujemy ją z patelni, nakrajamy i nadziewamy pomidorami, mozzarellą, bazylią i oliwą z oliwek. My zamiast oliwy dodajemy czasem majonez. Arepas możemy też przyrządzić na słodko, np. z nutellą i truskawkami.

* Jeśli po przekrojeniu arepa jest w środku nadal surowa, możemy usunąć nadmiar ciasta łyżeczką, lub po zdjęciu z patelni włożyć ją na kilka minut do piekarnika.

kuchnia wenezuelska

kuchnia wenezuelska


Macie jakieś doświadczenie z kuchnią wenezuelską? Może jest wśród Was ktoś, kto próbował arepas






Na koniec piosenka, którą katowano mnie CODZIENNIE przez 3 miesiące pracy ;)

Zapraszam do polubienia strony na facebooku.

środa, 7 czerwca 2017

Fotorelacja z Como

Fotorelacja z Como
Zdjęcia z Como obiecywałam już kilka miesięcy temu. Później wypadło nam kilka wyjazdów (Sycylia, Garda, Bergamo, Lecco) i o Como całkowicie zapomniałam. A warto o tym miasteczku pamiętać, bo A. jest piękne, B. leży blisko Mediolanu i pociągiem jedzie się niecałą godzinę. W Como byłam już kilka, a może nawet kilkanaście razy. Praktycznie za każdym razem gdy odwiedza mnie ktoś z Polski, jedziemy tam na jeden dzień. To też pierwsze miejsce, do którego wybrałam się z moim Ukochanym świeżo po przeprowadzce do Mediolanu. Zdecydowaliśmy się wtedy na mały rejs po jeziorze z przewodnikiem i chociaż nie znałam jeszcze włoskiego, to zrozumiałam, że nad Lago di Como mieszkał Mussolini i... George Clooney ;)


Lubię wracać do Como, bo oprócz pięknego jeziora, samo miasto robi duże wrażenie. Piękna katedra Duomo, urocze placyki, na których można napić się prosecco. Dzięki funicolare możemy wjechać na wgórze i popijając cappuccino podziwiać roztaczające się widoki. 

















Kto z Was był w Como? Koniecznie podzielcie się wrażeniami!

Zapraszam do polubienia strony na facebooku.
Copyright © 2016 Quembec - lifestyle po włosku , Blogger