czwartek, 11 kwietnia 2019

Weekend w Barcelonie

Weekend w Barcelonie
Ile razy wkurzałam się na ludzi, którzy pisali, że Mediolan im się nie podobał, że nie zrobił na nich dużego wrażenia, że chaos, brak włoskiego klimatu itp., itd. Po moim weekendowym wyjeździe do Barcelony zaczynam te osoby trochę rozumieć. Wielkie miasta zaczynają być dla mnie po prostu męczące. Pewnie teraz myślicie, cóż to ona wypisuje, jak sama MIESZKA w Mediolanie, ale mieszkanie w jakimś mieście, a zwiedzanie go, to dwie kompletnie różne rzeczy. Dlatego też zaczynam rozumieć marudzących na Mediolan - gdybym sama miała okazję zwiedzać to miasto w weekend, obskoczyć wszystko na szybkości, przedzierać się przez tłumy i przez cały ten czas być nagabywana przez sprzedawców bransoletek i torebek Djor, pewnie też nie byłabym zachwycona. A mniej więcej tak wyglądał mój weekend w Barcelonie.


Do Barcelony wybrałam się na babski wyjazd z moimi przyjaciółkami ze studiów. Mając takie towarzystwo, wyjazd oczywiście musiał być udany i taki też był, jeśli jednak chodzi o samo miasto, mam mieszane uczucia. Z jednej strony Barcelona pełna jest pięknych miejsc i pewnie musiałabym tam spędzić z miesiąc, żeby na spokojnie je zobaczyć. Z drugiej natomiast miałam do dyspozycji tylko dwa weekendowe dni, a to oznacza, że wszędzie były tłumy, a mając tak mało czasu, biegając od jednego do drugiego miejsca, przedzierając się przez zatłoczone ulice i natrętnych handlarzy, trudno mi było to piękno docenić. 

Zwiedzanie zaczęłyśmy od Parku GüellChociaż samo wejście do parku jest darmowe, żeby zobaczyć centralną część ze słynną mozaikową ławką, trzeba kupić bilet.  Wybrałyśmy się tam w sobotę rano, ale okazało się, że bilety były już wyprzedane. Dowiedziałyśmy się jednak, że możemy wrócić po godzinie 19 i wejść za darmo także na słynny taras. Przyznam szczerze, że dużo bardziej spodobała mi się otwarta dla wszystkich część parku, niż jego część centralna. Trafiłyśmy na remont (i oczywiście na spoooorą grupę turystów), więc oczekiwania trochę rozminęły się z rzeczywistością). Sam park natomiast jest piękny i kolorowy, wszędzie kwitły kwiaty i słychać było śpiew ptaków (a sztuczny śpiew, wydawany przez sprzedawane przez handlarzy ptasie figurki, przemilczę ;)


















Z głównych barcelońskich atrakcji, oprócz parku Güell, udało nam się zobaczyć (choć jedynie z zewnątrz) najsłynniejszy plac budowy, czyli Sagrada Familia. Przeszłyśmy się ulicą la Rambla, z której bardzo szybko uciekłyśmy, bo tłok był niesamowity. Wstąpiłyśmy też na bazar, la Boqueria, skąd uciekłyśmy jeszcze szybciej, a wygonił nas zapach zdechłych ryb (dzień wcześniej oblewałyśmy nasz babski wyjazd sangrią, którą mieszałyśmy z polską wiśniówką ;)).









Niedzielę przeznaczyłyśmy natomiast na wycieczkę na wzgórze Tibidabo (Kasia, podobnie jak ja, jest psychofanką Przyjaciół, dla niewtajemniczonych filmik poniżej). Wędrówka z plecakiem nie wchodziła w grę, bo nie wzięłam ze sobą nawet adidasów, planowałyśmy więc wjazd kolejką. Na miejscu okazało się jednak, że kolejka nie działa (!) i pozostał nam tylko autobus. A żeby kupić bilet na autobus, musiałyśmy też kupić bilet do parku rozrywki (na marginesie jednego z najstarszych w Europie). Zrobiłyśmy więc rundkę na diabelskim młynie i przewiało nas tak srogo, że z innych atrakcji postanowiłyśmy zrezygnować. Zjadłyśmy za to po porcji churros, zwiedziłyśmy Kościół Najświętszego Serca, wstąpiłyśmy na patatas bravas (chyba jedyny z tapas, który mi zasmakował) i wróciłyśmy do naszego apartamentu, ogrzewać się przy ciepłej herbacie (jak przystało na trzy prawie 30-letnie staruszki).









Podsumowując, Barcelona nie zrobiła na mnie ogromnego wrażenia. Moje kubki smakowe nie oszalały też na punkcie hiszpańskiego jedzenia i sangrii, ale... Doskonale zdaję sobie sprawę, że za taki stan rzeczy odpowiada pewnie to, że zwiedzałyśmy Barcelonę w weekend i na szybko. Jeśli natomiast chodzi o jedzenie, bardzo możliwe, że po prostu nie trafiłyśmy na dobre knajpy. Mój brat jest natomiast zdania, że to wszystko wina mojego wegetarianizmu i jakbym spróbowała chorizo, to bym szybko zmieniła zdanie ;) (no cóż, muszę uwierzyć mu na słowo). Kiedyś na pewno dam Barcelonie drugą szansę i kto wie, może jeszcze się w niej zakocham. Na razie jednak Włochy i włoskie jedzenie chyba zmonopolizowały moje serce.

poniedziałek, 18 marca 2019

Darmowe wiosenne plakaty do wydruku

Darmowe wiosenne plakaty do wydruku
Wiosna zbliża się wielkimi krokami, więc to idealny moment, żeby powitać ją również w domu. Co mam na myśli? Wiosenne dekoracje! Jesienią w moim mieszkaniu pojawiają się dynie i wrzosy, zimą świąteczne ozdoby, a wiosną? Wiosną oczywiście duuużo kwiatów, zarówno tych doniczkowych, jak i ciętych, ale też plakaty z wiosennymi motywami. Przeważnie są to obrazki, uwaga, uwaga, kwiatów, ale w tym roku udało mi się też znaleźć między innymi przepiękny plakat z wiosennym króliczkiem. A że postery te można pobrać zupełnie za darmo i wydrukować sobie w domu, to pomyślałam, że może ktoś z Was też będzie chciał skorzystać. Darmowych plakatów do druku szukam zawsze na Pintereście pod hasłem "free printable". Po kliknięciu na zdjęcia zostaniemy przekierowani na blogi, z których takie obrazki możemy pobrać. Enjoy!



Poster 1

Poster 2


Poster 4





wtorek, 5 marca 2019

Tiramisù bez cukru

Tiramisù bez cukru
Kilka miesięcy temu dowiedziałam się, że nie powinnam jeść cukru i białej mąki (szczegóły znajdziecie TUTAJ), co było prawdziwym ciosem w serce, bo nie ma chyba większego łasucha niż ja (pamiętajcie, nigdy nie ufajcie osobom, które mówią, że nie lubią słodyczy! ;)). Nie wiem, czy początkowo cierpiałam bardziej z powodu pizzy i pasty, czy z powodu gelato, brioche, czekolady i innych deserów. Szybko okazało się jednak, że zarówno pizza, jak i makaron pełnoziarnisty są równie pyszne, jak te z mąki 00, natomiast znalezienie słodkości bez dodatku białej mąki i białego cukru, to nie lada wyzwanie. Zaczęłam więc kombinować sama ze zdrowymi słodkościami, a cukier wymieniłam na erytrytol, który ma zerowy indeks glikemiczny. Kombinowałam, kombinowałam, aż wpadłam na pomysł: a gdyby tak przygotować zdrowszą wersję tiramisù? Tylko czym by tu zastąpić savoiardi, biszkopty hojnie obsypane cukrem? Z pomocą jak zwykle przyszedł wujek Google i podpowiedział: użyj sucharków pełnoziarnistych. Przyznam, że miałam mieszane uczucia, no bo jak to, sucharki zamiast ciastek? Okazało się jednak, że pełnoziarnista, bezcukrowa wersja tiramisu jest naprawdę pyszna, więc jeśli staracie się ograniczać cukier, to bardzo, ale to bardzo Wam ją polecam.


Składniki na 4-6 porcji:

- 100 gramów sucharków pełnoziarnistych
- 2 małe jajka
- 170 gramów mascarpone
- 30 gramów erytrytolu (+ 1-2 łyżeczki do posłodzenia kawy)
- 100 ml espresso
- kakao

1. Parzymy espresso. Przelewamy do miseczki, słodzimy erytrytolem według uznania i odstawiamy do ostygnięcia.

2. Białka oddzielamy od żółtek (jajka najlepiej jest wcześniej sparzyć, żeby uniknąć salmonelli). Do miski z białkami dodajemy połowę erytrytolu i ubijamy na sztywno.

3. W oddzielnej misce ucieramy mikserem żółtka z resztą erytrytolu. Kiedy masa zrobi się jasna i puszysta, stopniowo dodajemy mascarpone.

4. Do miski z żółtkami i mascarpone dodajemy ubite białka i lekko mieszamy.

5. Dno naczynia smarujemy 2-3 łyżkami kremu. Następnie zanurzamy sucharki w kawie i układamy na kremowej warstwie. Powtarzamy czynność raz lub dwa, w zależności od wielkości naczynia. Całość posypujemy kakao i wstawiamy do lodówki na kilka godzin. Teraz możemy już wcinać. Smacznego!





P.S. Jeśli lubicie włoskie klimaty, zapraszam serdecznie do śledzenia mnie na FACEBOOKU lub Instagramie.

piątek, 1 marca 2019

Spring bucket list, czyli lista wiosennych przyjemności

Spring bucket list, czyli lista wiosennych przyjemności
Wiosna, wiosna, wiosna, ach to Ty! Chociaż marzec dopiero się zaczął, wiosna w Mediolanie rozgościła się już na dobre. Temperatura nas rozpieszcza, w parkach kwitną stokrotki, robi się zielono i jakoś tak wszystko chce się bardziej. W takie dni jak dziś, moja ogromna miłość do jesieni zostaje wystawiona na próbę i już sama nie wiem, co daje mi więcej radości – wrzesień i początek jesieni, czy marzec i początek wiosny? Zamiast jednak robić głębsze analizy, po prostu założę, że obie pory roku kocham tam samo i tak jak starałam się korzystać z jesieni w 100%, tak też mam zamiar wykorzystać w pełni wiosnę.


A żeby to zrobić, przygotowałam kolejną bucket list, tym razem w wersji wiosennej. Może takie listy wydają Wam się śmieszne, może powiecie - gdzie znaleźć na to czas? Moim zdaniem na małe przyjemności zawsze znajdzie (a przynajmniej powinna znaleźć) się chociaż chwilka. Lista nie musi być długa, może będą to chociaż 3 małe rzeczy, jak godzina z książką w parku, wybranie się na długi spacer albo kupienie roślinki na balkon? To jak, przygotujecie ze mną Wasze bucket list? A może już takie listy macie? Pochwalcie się! Tymczasem wrzucam swoją listę, a nuż kogoś zainspiruje. Cudownej wiosny!


  1. Poczytać książkę na świeżym powietrzu.
  2. Wyhodować awokado z pestki.
  3. Wybrać się na wycieczkę rowerową.
  4. Przesadzić kwiaty.
  5. Przygotować balkon na wiosnę.
  6. Udekorować mieszkanie wiosennymi dodatkami.
  7. Chodzić na długie spacery z Daisy.
  8. Wydziergać szydełkowego zająca.
  9. Utkać makatkę.
  10. Kupić tulipany.
  11. Zrobić wiosenną sesję.
  12. Spróbować nowego smaku gelato.
  13. Urządzić piknik.
  14. Przeczytać Mistrza i Małgorzatę.
  15. Medytacja na świeżym powietrzu.
  16. Joga na świeżym powietrzu.
  17. Wieczorne bieganie.
  18. Kupić wiosenną sukienkę.
  19. Napić się Spritz'a w ciepły wiosenny wieczór.
  20. Przygotować domową maseczkę.

poniedziałek, 18 lutego 2019

CALIFORNIA DREAMIN'

CALIFORNIA DREAMIN'
Macie jakieś jedno wymarzone miejsce, które koniecznie chcielibyście zobaczyć? Takie,  które dosłownie śni Wam się po nocach, które króluje na liście Waszych marzeń? Odkąd mieszkam we Włoszech, potrzeba podróżowania do innych krajów nieco u mnie zmalała. Nieco to nawet za delikatne słowo - w zupełności wystarcza mi powolne odkrywanie Italii. Może wynika to z tego, że mając tyle pięknych miejsc na wyciągnięcie ręki, nie czuję potrzeby szukania dalej, a może powinnam za to "winić" moje domatorstwo [weekend spędzony z rodziną, psem, książką i kawą w ręku, to w moim mniemaniu weekend idealny]. Jest jednak jedno miejsce, które od dawna bardzo chciałam zobaczyć. Myślę, że już wiecie, o jakie miejsce mi chodzi? :)


Avete qualche posto che volete da sempre vedere? Uno, che letteralmente sognate, uno in cima alla lista dei vostri desideri? Da quando abito in Italia, il mio bisogno di viaggiare è diminuito un po'. Anzi, un po' è una parola troppo delicata - scoprire l'Italia per me è abbastanza. Forse perché avendo cosi tanti bellissimi posti a portata di mano, non sento il bisogno di cercare più lontano, o forse dovrei dare "la colpa" alla mia modalità casalinga [il weekend passato con la famiglia, cane, libro e caffè in mano, è secondo me il weekend ideale]. Esiste però un posto, che volevo vedere da tanto tempo. Penso che già sappiate di quale posto si tratta.



Stany Zjednoczone to kraj, do którego po prostu mnie ciągnie. Podejrzewam, że odpowiedzialne są za to amerykańskie filmy i seriale, na których się wychowałam i uczucie, że w jakimś sensie to miejsce znam. Kiedy zaczęliśmy myśleć o naszej podróży poślubnej, braliśmy pod uwagę różnej miejsca, ale żadna z rzucanych przez nas propozycji, nie wywołała reakcji "tak, to musi być to!". Dopóki nie padła opcja - Nowy Jork. Słyszeliśmy co prawda, że grudzień to nie najlepszy miesiąc na taką wycieczkę, że jest okropnie zimno i nieprzyjemnie, ale wcześniej rozważaliśmy też Skandynawię, więc temperatura nie wydawała nam się problemem. Od razu napisałam do mojej przyjaciółki, Marty, która mieszka w Kalifornii, opowiedziałam o naszych planach i zaproponowałam, żeby poszukali z mężem lotów i żebyśmy spotkali się wszyscy w Nowym Jorku. A Marta odpowiedziała "ale po co Nowy Jork? Dawajcie do nas!!". Dwa razy nie musiała mi tego powtarzać... :)

Gli Stati Uniti sono un paese, dal quale mi sento molto attratta. Probabilmente è cosi, perché sono cresciuta con film e serie TV americane e in certo modo, sento di conoscere il posto. Quando abbiamo cominciato a pensare al nostro viaggio di nozze, abbiamo preso in considerazione diversi posti, però nessuna delle nostre proposte ha creato la reazione "si, deve essere questo!". Fin quando non abbiamo detto - New York. Abbiamo sentito, che Dicembre non è il periodo perfetto per fare questo tipo di viaggio, però prima abbiamo preso in considerazione anche la Scandinavia, allora la temperatura bassa non ci sembrava un grosso problema. Ho scritto subito alla mia amica, Marta, che abita in California e le ho chiesto se vuole venire a NY insieme con suo marito, cosi possiamo passare un po di tempo insieme. Marta ha risposto "Ma perché New York? Venite da noi!". Non ha dovuto ripetermelo...

Trochę bałam się długiego lotu, bo co innego lecieć dwie godzinki z Bergamo do Modlina, a co innego ponad 10 godzin i to nad Oceanem. Ale możliwość zobaczenia na własne oczy USA i spotkania się z przyjaciółką po kilku latach wzięła górę. Złożyłam podanie o wizę (Włosi, szczęściarze, nie muszą tego robić) i zestresowana czekałam na spotkanie w konsulacie. A w między czasie nakręcałyśmy się z Martą, jak byłoby super gdyby mi i Walterowi udało się przylecieć. Bałam się, że jako osoba niezatrudniona, mogę tej wizy nie dostać, jednak okazało się, że nie było z tym najmniejszego problemu. Mało tego, moja rozmowa w konsulacie w Mediolanie trwała jakieś 2 minuty, a urzędniczka, która ją prowadziła, skomentowała, że bycie panią domu, która prowadzi bloga i tworzy rękodzieło, musi być super! No muszę przyznać, że nie narzekam :)

Avevo un po' di paura del lungo viaggio, perché c'è una bella differenza tra un viaggetto di due ore tra Bergamo e Modlin e un viaggio di più di 10 ore, addirittura sopra l'Oceano. Però la possibilità di vedere gli USA con i miei occhi e incontrare la mia amica dopo anni ha preso sopravvento. Ho fatto richiesta del visto (agli Italiani, fortunelli, non serve) e tutta stressata aspettavo l'appuntamento in consolato. Avevo paura che, come persona che non lavora, possono rifiutarmi il visto, però si è scoperto, che non ci sono stati dei problemi. Anzi, il mio "colloquio" è durato 2 minuti, e la signora che mi ha intervistato ha detto, che deve essere molto bello essere casalinga, che scrive un blog e fa Handmade. Che posso dire... mica mi lamento! :)

Dzień po ślubie przygotowaliśmy walizki i ruszyliśmy do Santa Rosa. Sam lot nie należał do szczególnie przyjemnych. Wylecieliśmy bardzo wcześnie rano, mieliśmy przesiadkę w Paryżu i kiedy dolecieliśmy do San Francisco, byliśmy dosłownie nieprzytomni (a 9-godzinna zmiana czasu zdecydowanie nam nie pomogła). Ale gdy tylko odespaliśmy, zaczął się jeden z najfajniejszych wyjazdów w naszym życiu. 


Il giorno dopo il matrimonio abbiamo preparato le valigie e siamo partiti per Santa Rosa. Devo ammettere che il volo non è stato molto piacevole. Siamo partiti molto molto presto e abbiamo fatto uno scalo a Parigi. Quando siamo arrivati a San Francisco siamo stati letteralmente distrutti (e il fuso orario di 9 ore sicuramente non ha aiutato). Però appena siamo riusciti a dormire abbastanza, è cominciato uno dei viaggi più belli che abbiamo mai fatto.

Większość naszej prawie dwutygodniowej podróży spędziliśmy w Santa Rosa. Nie jest to miasteczko turystyczne, w zasadzie nie ma tam żadnych specjalnych atrakcji, ale to właśnie w Santa Rosa bawiliśmy się najlepiej. Pierwsze dni zachwycaliśmy się każdym amerykańskim pickup'em i ciężarówką (zwłaszcza tą z reklamy coca coli :D) i testowaliśmy amerykańskie fast foody. Marta i jej mąż mieli niezły ubaw z naszych żywieniowych wyborów, ale tłumaczyliśmy im, że dobre jedzenie mamy na co dzień we Włoszech, tu chcemy skosztować tego świńskiego, z dużą ilością tłuszczu i cukru :D I tak nie omieszkaliśmy wstąpić do Taco Bell (sieciówka z meksykańskim jedzeniem), IHOP (pankejki), Burger King i oczywiście McDonald's. Do tego wszelkiego rodzaju słodycze z masłem orzechowym, jak Reese's czy snickers i duże ilości mojego ulubionego piwa, Corony. No nie ma się co oszukiwać, nasze wątroby i żołądki nie były zachwycone, ale my jak najbardziej [obydwoje mamy niestety słabość do fast foodów...].


Quasi tutto il tempo del nostro viaggio, di quasi due settimane, l'abbiamo passato a Santa Rosa. Non è una città turistica, in realtà non ci sono attrazioni particolari, però è proprio a Santa Rosa che ci siamo divertiti di più. Nei primi giorni siamo stati affascinati dai pickup e camion americani (specialmente quelli dalla pubblicità della coca-cola ;)) e testavamo tutti i fast food. Marta e suo marito ci prendevano in giro per le nostre scelte di cibo, però provavamo a spiegargli che di cibo buono ne abbiamo tanto in Italia, qua vogliamo provare il cibo spazzatura con tanto olio e tanto zucchero. E cosi siamo passati da Taco Bell (fast food con cibo messicano), IHOP (pancakes), Burger King e ovviamente McDoland's. A tutto questo aggiungete tanti dolcetti con burro d'arachidi, come Reese's e Snickers e grandi quantità della mia birra preferita - Corona. Devo ammetterlo - i nostri stomaci e fegati non sono stati molto contenti, però noi di sicuro [sfortunatamente sia io che mio marito abbiamo il debole per i fast food...]






Co robiliśmy oprócz objadania się? Poznawaliśmy nowych ludzi i właśnie to było najfajniejsze w całej podróży. Byliśmy bardzo zdziwieni jak otwarci są Amerykanie. Przypadkowo poznane osoby na spacerze, kelnerzy, znajomi naszych przyjaciół, ich sąsiedzi, każdy nas zagadywał i mieliśmy wrażenie, że jest to szczere zainteresowanie, a nie "jak się masz? ehe, ehe, fajnie, ok, no to cześć". Minęły prawie dwa miesiące, a ja nadal tęsknię nie tylko za Martą, ale też za ludźmi, których tam poznaliśmy. Wracając z podróży, zazwyczaj cieszę się, że już niedługo będę w swoim domu, ale tym razem było mi strasznie smutno opuszczać Stany i nawet kusiło nas, żeby przebukować bilet. 


Cosa facevamo tranne mangiare? Incontravamo delle nuove persone ed è proprio questo che ci piaceva di più in tutto il nostro viaggio. Siamo stati molto sorpresi di quanto aperti sono gli Americani. Le persone incontrate per caso, camerieri, amici dei nostri amici, i loro vicini, tutti iniziavano una conversazione e sembravano essere davvero interessati, no "come stai? Ehe, ehe, bello, ok, allora ciao". Sono passati quasi due mesi e mi manca ancora non solo la mia amica Marta, ma anche la gente che abbiamo conosciuto. Tornando dai viaggi di solito sono molto contenta che tra poco sarò a casa mia, ma questa volta mi dispiaceva tantissimo lasciare Stati Uniti, anzi, ci tentava un po di cambiare biglietti e tornare più tardi.

Nasza podróż przypadła akurat w okresie świątecznym. Marta i jej mąż, Darek, mieli więc sporo wolnych dni i mogliśmy razem zwiedzać. Kilka razy byliśmy nad Oceanem. Widzieliśmy między innymi Bodega Bay, gdzie kręcono Ptaki Hitchcocka (film, którego przy mojej ptasiej fobii chyba nigdy nie zobaczę :P), Jenner nad rzeką Russian River i Dillon Beach. Wybraliśmy się też na grzyby i znaleźliśmy takie borowiki, jakich w życiu nie widziałam. 


Il nostro viaggio è stato durante il periodo natalizio. Di conseguenza Marta e suo marito, Darek, avevano tanti giorni liberi e potevamo visitare insieme. Siamo andati qualche volta sulla costa dell'oceano. Abbiamo visto per esempio Bodega Bay, il posto in cui hanno girato "The Birds" di Hitchcock (il film che probabilmente non vedrò mai visto che ho una paura tremenda degli uccelli :P), Jenner sul fiume Russian River e Dillon Beach. Siamo andati anche a raccogliere funghi e abbiamo trovato dei porcini cosi grandi che non ne ho mai visto così nella mia vita.
















Wigilię spędziliśmy za to z cudowną, polską rodziną mojej Marty. Dziękujemy jeszcze raz za zaproszenie! Rano wybraliśmy się też na łyżwy, ale przy zdolnościach łyżwiarskich mojego kochanego męża, opuściliśmy lodowisko w ekspresowym tempie :)

Abbiamo passato la Vigilia di Natale con la meravigliosa famiglia polacca di Marta. Grazie ancora per l'invito! La mattina siamo anche andati a pattinare, però visto l'abilità di pattinaggio del mio amato marito, abbiamo lasciato la pista in tempo express :) 

Ostatnie dwa dni przeznaczyliśmy na San Francisco. Miasto trochę nas przytłoczyło, ale na pewno warto było się tam wybrać. Nie mieliśmy za dużo czasu, ale udało nam się zobaczyć między innymi słynny most Golden Gate, pocztówkowe domki Painted Ladies, Union Square, Alcatraz (choć jedynie z daleka) czy Fisherman's Wharf. 



Gli ultimi due giorni li abbiamo dedicati a visitare San Francisco. La città ci ha sopraffatto un po', però sicuramente valeva la pena andarci. Non abbiamo avuto tanto tempo, però siamo riusciti a vedere per esempio il famoso ponte Golden Gate, le casette Painted Ladies, Union Square, Alcatraz (anche se da lontano) e Fisherman's Wharf.











Mam nadzieję, że kiedyś uda nam się zobaczyć więcej, że jeszcze wrócimy do Kalifornii i zobaczymy też inne części USA. Jedno jest pewne - ta podróż zdecydowanie zostanie w moim sercu na długo! Polishgirlinusa - dziękujemy za cudowne dwa tygodnie!

Spero, che un giorno riusciremo a tornare in California e vedere anche altre parti degli USA. Una cosa è però sicura - questo viaggio rimarrà nel mio cuore per tanto tempo. Polishgirlinusa - grazie ancora per le due meravigliose settimane!
Copyright © 2016 Quembec - lifestyle po włosku , Blogger