poniedziałek, 24 września 2018

Tygodniowy miszmasz #2

Tygodniowy miszmasz #2
Nareszcie jest - moja ukochana jesień! I chociaż pogoda w Mediolanie jeszcze mało jesienna, to u mnie w domu zdecydowanie ją czuć. Pierwszy wrzos stoi już na stole, przede mną czajnik gorącej herbaty z pomarańczą i goździkami, w tle składanka Autumn Acoustic, a w powietrzu zapach cynamonu (dyfuzor to genialny wynalazek!). 


W zeszłym tygodniu odważyłam się wreszcie napisać o tym, dlaczego przeszłam na dietę. Link do posta znajdziecie tutaj. Po miesiącu bez cukru (z jednym małym, ale za to bezglutenowym wyjątkiem) jestem w stanie docenić słodycz każdego owocu, a gorzka czekolada to dla mnie prawdziwy rarytas. I pomyśleć, że kiedyś jej nie znosiłam! Polecam taki cukrowy detoks każdemu - coś w tym jest, że z czasem ochota na przesłodzone ciasta czy batoniki mija. A może po prostu nie mając w domu słodyczy, nie ma mnie co kusić :)

Dalej ćwiczę, chociaż przyznam, że w ostatnie dni z nieco mniejszym zapałem, bo dopadło mnie lekkie przeziębienie. Co byłoby normalne, gdyby przyszła prawdziwa jesień, ale nie - ja jak zwykle przeziębiam się wtedy, kiedy na dworze są upały. Mimo wszystko udało mi się zmobilizować do jazdy na rowerku stacjonarnym, a w weekend wybrałam się wreszcie na ten normalny. I wiecie co? Było super! Odkąd mieszkam w Mediolanie, nie miałam za dobrych doświadczeń z jazdą na rowerze. Pierwszy rower ukradli mi po jakimś tygodniu. Kupiłam kolejny - okazało się, że ma scentrowane koło. Zareklamowałam, wymieniłam na inny i wracając do domu... odpadł mi pedał. Postanowiłam wypożyczyć rower miejski i spadł mi nogę tak niefortunnie, że zrobił mi się ogromniasty siniak. Do tego kilka lat temu jakiś gamoń potrącił we Florencji mojego tatę, który zwiedzał miasto na rowerze. Ciągle coś. W ostatni weekend zdecydowałam jednak, że czas najwyższy wrócić do dwóch kółek, wyciągnęłam więc moją strzałę z piwnicy, napompowałam opony i oczywiście po godzinie okazało się, że są dziurawe. No jakżeby inaczej! Ale od czego są wypożyczalnie! Zwłaszcza że teraz można wypożyczać i oddawać rower w zasadzie gdzie się chce i wystarczy odblokować go przez aplikację. Sprawdziłam na mapie gdzie jest najbliższy, zadowolona poszłam go odebrać, wklikałam kod QR i ...zorientowałam się, że na rowerze nie ma siodełka. Po krótkiej (acz treściwej!) wiązance poczłapałam do kolejnego i wtedy już mogłam oddać się przyjemności pedałowania po Mediolanie. Tak mi się to spodobało, że chyba zrobię z tego moją cotygodniową tradycję. Oczywiście, jeśli do tego czasu dożyję! ;) Fajnie zwiedzać miasto w ten sposób, zwłaszcza że zrobiłam krótką przerwę na robienie zdjęć. A jeśli będziecie w Mediolanie i chcecie wypożyczyć rower, to w sieci, z której ja korzystałam, wypożyczenie kosztuje 0,6€ za 20 minut, a nazywa się Ofo. Pamiętajcie jednak, że rower trzeba odstawić w wyznaczonej strefie, inaczej dopłaca się 7€. A poniżej kilka fotek z wycieczki.











W sobotę wybrałam się po raz kolejny do lokalnej biblioteki - pisałam Wam już o tym, jak cudownie jest móc znowu wypożyczać książki i w dodatku czytać po włosku? Książki działają na mnie jak narkotyk, więc wystarczy, że przekroczę próg biblioteki czy księgarni i jestem wniebowzięta. Do niedawna po włosku czytałam jednak rzadko, zaznaczając sobie słówka, których nie znam. Pomogło mi to na pewno w nauce, ale nie dawało takiej przyjemności, jak czytanie po polsku. I nadal zdecydowanie wolę czytać w języku ojczystym, ale super jest też móc przeczytać z przyjemnością książkę w innym języku. A że jest jesień, to to najlepsza pora na Harrego Pottera. Zazwyczaj nie wracam do przeczytanych raz książek, bo czeka na mnie jeszcze tyle nowości i klasyków do nadrobienia, ale Harry to Harry. Do tej sagi mogę wracać co rok i chyba nigdy mi się nie znudzi. Podobnie jak nigdy nie znudzi mi się oglądanie po raz setny Przyjaciół.



Na koniec coś dla tych, którzy lubią robić zdjęcia. Na Instagramie trwa właśnie 5-dniowe wyzwanie prowadzone przez Dominikę z Kobiecej Foto Szkoły. Codziennie nowe tematy, bardzo fajne babki, polecam. I przy okazji zapraszam też na mojego instagrama :). Miłego tygodnia!

środa, 19 września 2018

PCOS, czyli o tym, dlaczego przeszłam na dietę

PCOS, czyli o tym, dlaczego przeszłam na dietę
Długo zastanawiałam się, czy napisać ten post. Czemu? Bo dotyczy "kobiecych spraw" i jest bardzo osobisty. O pewnych rzeczach łatwiej pisze się na forach czy zamkniętych grupach facebookowych, a nieco trudniej podpisując się pod nimi swoim nazwiskiem, wiedząc, że bloga czytają też znajomi z czasów szkolnych czy studiów. Zwłaszcza że są tu też mężczyźni. A czemu jednak się przełamałam? Bo o pewnych rzeczach trzeba mówić głośno i jeżeli chociaż jedna osoba dowie się o tym, o czym niedawno dowiedziałam się ja, to dla mnie to już duży sukces. A jeśli ktoś z moich porad skorzysta, to blogowanie nabiera większego sensu (nie, że wcześniej go nie miało ;)).


Choruję na zespół jajników policystycznych. Podejrzenie PCOS miałam już w wieku 16 lat i od tej pory od każdego kolejnego lekarza dostawałam leki hormonalne. I dopóki je brałam, to  nie miałam żadnych objawów, więc jakoś specjalnie się nad tą chorobą nie rozwodziłam. Oczywiście zdawałam sobie sprawę z tego, że często prowadzi ona do niepłodności i że może to dotknąć także mnie, ale co mogłam na to poradzić? Nic. 


Tylko czy na pewno nic? No nie do końca. Bo są dwie rzeczy, które mogę robić i które przy PCOS mają fundamentalne znaczenie: DIETA I ĆWICZENIA. Czemu tak krzyczę? :) Bo dopiero teraz (po 12 latach!) się o tym dowiedziałam. Dopiero teraz trafiłam na lekarza, który mi w ogóle o tym wspomniał. A były to mniej więcej te słowa - "jeśli nie przejdzie pani na dietę, to będzie pani miała cukrzycę". Jasne, mogłam sama zainteresować się wcześniej tą chorobą, swoim zdrowiem, poczytać w Internecie, ale jak mówiłam - brałam tabletki i nie zawracałam sobie tym głowy, czego teraz żałuję. 


Ale wracając do tematu. Co ma wspólnego dieta i ćwiczenia z PCOS? A no całkiem sporo, bo to, co jemy, wpływa bezpośrednio na poziom hormonów. Nie chcę tu udawać eksperta, bo ani ze mnie dietetyk, ani ginekolog, dlatego zacytuję to, co pomógł mi znaleźć wujek Google:

"Zespół policystycznych jajników (PCOS) to choroba, przy której dieta ma bardzo duże znaczenie - ma na celu poprawę gospodarki węglowodanowej i insulinowej, obniżenie poziomu testosteronu, zmniejszenie stanu zapalnego, a ostatecznie przywrócenie regularnych miesiączek i owulacji" 

A jak jest z aktywnością fizyczną? Ćwiczenia zwiększają wrażliwość komórek na insulinę. Do tego bardzo dużo kobiet z PCOS ma nadwagę, a ta, jak wiadomo, prowadzi do kolejnych chorób. Zrzucając zbędne kilogramy, zwiększają się też szanse na zajście w ciążę.

To by było na tyle teorii, a teraz czas na praktykę. Jaką dietę stosuję i jak ćwiczę?


DIETA

Kiedy czytałam w Internecie o tym, co przy PCOS jeść, a czego nie, zaczęłam powoli wariować. Na jednej stronie napisane, że  np. banany ok, na drugiej - samo zło. Do tego nie jem mięsa, więc nie mogłam skorzystać z gotowych jadłospisów. Zgłosiłam się więc do dietetyka i postanowiłam całkowicie mu (a raczej jej) zaufać i jeśli pani Aleksandra mówi, że jakiś produkt jest dozwolony, to dla mnie taki jest :). Teraz mam swój spersonalizowany jadłospis i chociaż nie trzymam się go w 100%, a raczej bazuję na nim, żeby przygotować coś z tego, co akurat mam w lodówce, to bardzo mi pomaga i wreszcie wiem jak i co jeść.

Podstawowe zmiany w mojej diecie:

1. Wyeliminowanie cukru - jeśli już muszę coś posłodzić, to używam ksylitolu (kupiłam też erytrytol, ale jeszcze go nie próbowałam), ale przez ostatnie tygodnie robiłam to bardzo rzadko, a do słodzenia wykorzystuję głównie owoce - np. banany czy daktyle.

2. Wyeliminowanie białej mąki - zamiast niej używam np. żytniej, pszennej pełnoziarnistej, gryczanej czy z ciecierzycy.

3. Regularne jedzenie -  5 posiłków dziennie.

4. Wyeliminowanie fast foodów - wcześniej jadłam ich bardzo dużo, teraz staram się jeść coś z zakazanej listy (biała mąka, cukier, śmieciowe jedzenie) maksymalnie raz na tydzień.

Czego jem dużo?

- warzyw 
- kasz (np. gryczana, orkiszowa), makaronów pełnoziarnistych, płatków owsianych
- orzechów, ziaren, nasion

Jak wyglądają moje posiłki?

Śniadanie - np. owsianka na mleku kokosowym/migdałowym/krowim 1,5%; płatki owsiane z jogurtem; koktajl owocowy czyli tzw. smoothie, a do tego kilka orzechów (nigdy nie mam rano apetytu, więc jestem w stanie zaakceptować śniadanie jedynie w takiej formie)

II śniadanie - zazwyczaj kanapki - bułka żytnia z lokalnej piekarni albo chleb pełnoziarnisty, który robię sama i mrożę w kawałkach (np. quembkowy chleb bez wyrabiania - robiłam go już z mąki pszennej pełnoziarnistej, z żytniej, mieszanki żytniej i gryczanej, a jeśli ciasto jest za gęste, to dodaję trochę więcej wody). A z czym kanapki? Np. z awokado i pomidorem, serem i warzywami, pastami warzywnymi, hummusem, jajkami.

Obiad - kasza + kotlety warzywne/z ciecierzycy/soczewicy + warzywa; makaron (orkiszowy/gryczany/pszenny pełnoziarnisty) z sosem pomidorowym, domowym pesto lub z fetą, suszonymi pomidorami i rukolą; potrawki warzywne z soczewicą/ciecierzycą

Podwieczorek - zdrowe słodkości np. chlebek bananowy, ciastka owsiane, muffiny bez białego cukru (np. słodzone bananami, daktylami czy ksylitolem); owoce z orzechami

Kolacja - zupa krem; sałatki, a jak mam ochotę na coś słodkiego, to np. omlet z kilkoma plasterkami banana i orzechami


AKTYWNOŚĆ FIZYCZNA

Postawiłam na bieganie (a raczej truchtanie) na przemian z rowerkiem stacjonarnym, spacerami i ćwiczeniami na nogi. Powinno ćwiczyć się przynajmniej 3 razy w tygodniu i nie przesadzać z intensywnością. Ja aktualnie ćwiczę 6 razy w tygodniu, mniej więcej po 40 minut i wszystko w umiarkowanym tempie.

A jakie są efekty po niecałym miesiącu diety i ćwiczeń?

1. Po ponad 3 miesiącach wrócił mi cykl. Przypadek? Nie sądzę :)
2. Przestałam mieć spadki cukru, które potrafiły zrujnować mi cały dzień
3. Całkiem w bonusie zrzuciłam 4 cm w pasie, 1 cm w biodrach, 2 cm w udach i zdecydowanie zmniejszył mi się cellulit



P.S. Jeśli ktoś też chce się udać do dietetyka, to mój jadłospis układała pani Aleksandra z JeszFresh - polecam!

niedziela, 16 września 2018

Tygodniowy miszmasz

Tygodniowy miszmasz
Mam tyle pomysłów na nowe posty, że...od tygodnia nie napisałam żadnego. Jednak coś jest w paradoksie wyboru i more is less. Albo po prostu słabo u mnie z organizacją :) Ostatnio zastanawiałam się, co najbardziej lubię czytać na innych blogach i w jakie linki najczęściej klikam. I doszłam do wniosku, że są to posty z serii przegląd tygodnia, miesiąca, czy tu i teraz. Lubię podglądać, co działo się u innych blogerów i to właśnie te posty najczęściej inspirują mnie, żeby sięgnąć po jakąś książkę, zobaczyć film, odwiedzić ciekawe miejsce czy np. posłuchać nowej składanki - w końcu zrozumiałam, skąd wziął się termin influencer! ;) Moje zasięgi są trochę za słabe, żeby nazywać się influencerką, ale to chyba nie stoi na przeszkodzie, żebym i ja taki cykl u siebie zrobiła. To będzie takie moje małe podsumowanie tygodnia, a jeśli przy okazji zachęci kogoś np. do zobaczenia czegoś fajnego czy też ruszenia się z kanapy, to, kurczę, może będę mogła nazwać się mikroinfluncerką? :D


A więc co ostatnio się u mnie działo?

Mija trzeci tydzień odkąd odstawiłam cukier, białą mąkę i zaczęłam ćwiczyć. W tym tygodniu postawiłam na rowerek stacjonarny (w połączeniu z Netflixem to duet idealny) i ćwiczenia na nogi. I wiecie co? Naprawdę fajnie jest czuć pracujące mięśnie, a nie tylko przelewający się cellulit. Oczywiście życie nie jest takie piękne i cellulit nie zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale widzę, jak w tak krótkim czasie zmienia się moje ciało i to jest naprawdę fajne. Chociaż to tylko efekt uboczny i nie dlatego przeszłam na dietę, ale to już temat na oddzielny post.

Pozostając w temacie sportu muszę pochwalić się sukcesami mojego taty. Przez ostatnie dwa tygodnie brał udział w Mistrzostwach Świata Masters w Maladze i skosił 4 biegowe medale, w tym dwa złote, jeden srebrny i jeden brąz. Nie ma co, fajnie jest być córką mistrza świata (a mistrza i Małgorzaty najfajniej na świecie :))!



Jak wspomniałam wcześniej, pedałując na rowerku stacjonarnym można jednocześnie robić dużo fajnych rzeczy, np. słuchać audiobooka czy obejrzeć coś dobrego. I tu mogę Wam polecić dokument na Netfliksie - Minimalism: a documentary about the important things. Niby banały - pieniądze szczęścia nie dają, mniej znaczy więcej itp. itd., ale nie są to wcale rzeczy oczywiste dla każdego. Mam wrażenie, że zwłaszcza we Włoszech widać ciągły pęd za kasą, a nierobienie kariery jest powodem do wstydu.


Można też obejrzeć coś mniej ambitnego. Powinnam przyznawać się publicznie, że katuję ostatni sezon Pamiętników Wampirów? Oczywiście, że powinnam, bo uważam, że nie ma abslotunie nic złego w obejrzeniu mało ambitnego serialu czy przeczytaniu mało ambitnej książki, a każdy ma prawo do takiego relaksu, jaki lubi. Dlaczego o tym piszę? Bo wkurzają mnie osoby, które naśmiewają się z innych za czytanie 50 twarzy Greya czy oglądanie Zmierzchu, gdyż sami czytają Tołstoja, lubują się jedynie w kinematografii czeskiej i w ogóle są ah i eh (nie znoszę pozerstwa!).  Można znaleźć złoty środek i sięgnąć zarówno po coś naprawdę dobrego, jak i spędzić wieczór z romansidłem i nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia!

I ostatnie serialowe doniesienia - dopiero dowiedziałam się, że Netflix szykuje serial o Wiedźminie i już nie mogę się doczekać! To idealna okazja, żeby odświeżyć sobie całą sagę. Są tu fani Sapkowskiego?



Żeby nie było, że tylko oglądam seriale - czasem też czytam ;) Mam mały problem z samokontrolą, więc przeważnie jest to kilka książek naraz. W tej chwili są to: Tre sorelle nel bosco (po polsku - Wiejmy do lasu - zapowiada się bardzo dobrze!), Kroniki Jakuba Wędrowycza (ta książka jest tak absurdalna, że nawet nie wiem, co o niej napisać) i książkę o slow life. Kto z Was też nie potrafi poprzestać na jednej książce?



Jeszcze trochę prywaty na koniec - w tym tygodniu udało nam się wreszcie wysłać zaproszenia na ślub. Zdecydowaliśmy się na zaproszenia przez Internet, bo a. to dużo wygodniejsza forma mając gości z dwóch różnych krajów, b. szkoda papieru, c. jest XXI wiek, d. trochę denerwują mnie ślubne konwenanse. Oczywiście nie mam nic przeciwko papierowym zaproszeniom, ale mam mały problem z "bo tak wypada" i "bo tak robią wszyscy".

To by było na tyle quembkowej plątaniny. Kolejna część za tydzień - mam nadzieję, że wrócicie! :) A na koniec kilka fotek ze spaceru po Mediolanie:











czwartek, 6 września 2018

Jak jeść taniej w Mediolanie?

Jak jeść taniej w Mediolanie?
Mediolan nie należy do najtańszych miast. Nie ma się co dziwić - to finansowe centrum Włoch, a do tego stolica mody i designu, a więc dość drogich "rozrywek" :) Jednocześnie bilety do Bergamo można kupić za grosze, więc pojawiają się tu nie tylko miłośnicy zakupów w Prada czy Versace, ale też "zwyczajni" turyści, których niekoniecznie stać na jedzenie w Galerii Wiktora Emanuela.


Ba, sama, mimo tego, że w Mediolanie mieszkam, też tam nie jadam ;) Mam nadzieję, że nie zmierzam w kierunku "skąpa", ale na pewno jestem oszczędna. Nie lubię przepłacać, kupowanie rzeczy dla marki to kompletnie nie moja bajka, a restauracje, w których za mikroskopijne porcje płaci się krocie są dla mnie trochę śmieszne. Cóż poradzić, jam prosty człowiek ze wsi! :D

Na mieście jemy jednak stosunkowo często i bardzo to lubimy. Napicie się zimnego białego wina, wszamanie makaronu z pysznym sosem pomidorowym czy prawdziwej neapolitańskiej pizzy, to dla mnie coś w rodzaju rytuału. Dlatego mniej więcej raz w tygodniu staramy się wychodzić na miasto na kolację. A że mamy nasze sposoby, żeby przy tym nie zbankrutować, to chciałam się dzisiaj nimi z Wami podzielić. A nuż ktoś skorzysta i odwdzięczy się później jakimś lajkiem na Facebooku ;)


1. GROUPON

Nasz numer jeden. Jeśli idziemy do knajpy z naszymi przyjaciółmi, to prawie pewne jest, że korzystamy z kuponu na Grouponie i co ważne, jeszcze nigdy nie zdarzyło nam się, żebyśmy trafili na niedobre jedzenie. Nie jestem 100% pewna, czy z Polski można kupować kupony na włoskiego groupona (chociaż wydaje mi się, że wystarczy utworzyć konto na włoskim grouponie), ale sprawdźcie to, bo naprawdę warto z tej opcji skorzystać. Kolacja z antipasto, pizzą/pastą, napojem i deserem kosztuje już od 12-15 euro dla dwóch osób i w cenę wliczone jest coperto, czyli opłata za nakrycie do stołu. Jeśli wybieracie się do Mediolanu na jeden dzień, to może nie jest to najlepsza opcja, bo nie wiadomo, czy akurat tego dnia będzie można zarezerwować stolik w danej knajpie, ale zawsze możecie przed zakupem zadzwonić lub napisać maila i dowiedzieć się jak jest z terminami. A jak już ktoś z Was skorzysta z tej opcji, to koniecznie dajcie znać, będę mogła aktualizować posta czy bez problemu da się kupić kupon na zagranicznym Grouponie :)

Link do włoskiego groupona TUTAJ

2. THE FORK

To aplikacja, dzięki której można zarezerwować stolik w różnych knajpach. Rezerwując przez nią można dostać zniżkę nawet do 50% cen z menu. Wystarczy przy wejściu powiedzieć, że rezerwowaliście miejsce przez The Fork na nazwisko takie i takie i ewentualnie przypomnieć o tym przy płaceniu rachunku. Jak ktoś chce się skusić, to pod spodem macie link do strony i mój kod, który trzeba podać przy pierwszej rezerwacji - coś w stylu zaproś przyjaciela - wy po pierwszym zamówieniu dostaniecie 1000 yums, ja 500, a yumsy zbiera się podobnie jak punkty payback i można później nimi płacić w niektórych knajpach. 1000 yums to 20€.

STRONA: THE FORK

KOD: 7CAF87E9

3. ALL YOU CAN EAT

All you can eat, czyli jesz ile jesteś w stanie zmieścić w brzuchu, najczęściej można spotkać w restauracjach z sushi. Przeważnie kosztuje koło 10€ w porze obiadowej, a 20€ w porze kolacji (coperto zazwyczaj wliczone w cenę, picie nie). Od siebie mogę polecić Ghenza przy via Meda - bez problemu zamieniają mi rybę na awokado, a chyba wszyscy znajomi, którzy tam jedli zachwalali łososia. Pamiętajcie tylko, żeby nie zamawiać więcej, niż jesteście w stanie zjeść -  po pierwsze szkoda wyrzucać jedzenia, a po drugie- mogą kazać Wam zapłacić za niezjedzone porcje.

4. APERITIVO

Aperitivo to świetna opcja dla tych, którzy chcą posiedzieć ze znajomymi, napić się drinka i coś przekąsić. Nad kanałami Navigli zaczyna się koło 18.00, kosztuje przeważnie 9-11 euro, a w cenę wliczony jest drink i bufet. A na stołach można znaleźć praktycznie wszystko - pizzę, makaron, sałatki, warzywa, słodycze itp. itd. i do godziny 22.00 można robić sobie dokładki. Nie jest to może jakieś wyśmienite jedzenie, ale przede wszystkim bardzo fajny sposób na spędzenie wieczoru. Ja najczęściej chodzę do Ginger Coctail Lab przy via Ascanio Sforza, 25 - zdecydowanie spokojniej niż przy Naviglio Grande, co przy wychodzeniu razem z moim strachliwym psiakiem jest priorytetem, dobre drinki, wege jedzenie oznaczone zielonymi patyczkami, a czasem można trafić na koncert na żywo. Są też miejsca, w których aperitivo kosztuje koło 5 euro i wtedy oprócz drinka dostajemy talerzyk przekąsek - np. orzeszków, chipsów, oliwek czy bruschetty.

5. MENU FISSO PRANZO

Kto wybiera się do Mediolanu w tygodniu, nie w weekend, może skorzystać z menu fisso pranzo, czyli oferty lunchowej. Koszt to mniej więcej od 8-10 euro za primo (np. pasta), secondo (najczęściej mięso), contorno (warzywny dodatek), wodę i kawę. O ile dobrze kojarzę, w weekendy czegoś takiego nie ma, ale głowy nie dam sobie uciąć.

6. MENU PIZZA

Ostatnia opcja, czyli menu pizza to coś dla tych, którzy chcą wziąć pizzę na wynos. W Mediolanie jest mnóstwo knajp prowadzonych przez imigrantów i nie jest to może pizza tak dobra jak neapolitańska, ale nam smakuje. W końcu w większości tych lokali jest piec opalany drewnem. Jeszcze chyba nie zdarzyło się, żeby któryś z naszych gości narzekał na smak takiej pizzy. Moim zdaniem są dużo lepsze niż większość tych w polskich knajpach (bez urazy ;)), a do tego są tanie. W tygodniu w godzinach obiadowych bardzo często można zamówić menu pizza, czyli jakakolwiek pizza z menu + napój za 5 euro ( czasem do takiej opcji dodają też fryty ;)). 

To by było na tyle, jeśli chodzi o porady chytrusa Marysi :D Jeśli coś jeszcze przyjdzie mi do głowy, to aktualizuję post. A może Wy chcielibyście dodać coś do listy?

A na koniec mogę jeszcze polecić winiarnię prowadzoną przez rodzinę naszych przyjaciół - Semplicemente Vino przy Piazza Carlo Amati. Kieliszek dobrego wina plus przekąski - 2,5 euro :)

środa, 5 września 2018

Co nowego na Quembku?

Co nowego na Quembku?
Cześć po wakacjach! Mam nadzieję, że udało Wam się wypocząć i podobnie jak ja czekaliście na wrzesień z niecierpliwością. No dobrze, wiem, że większość z Was pewnie woli jednak lato, ale ja jesienią po prostu odżywam. To moja ulubiona pora roku i jeśli jeszcze tego nie wiecie, to mam na jej punkcie prawdziwego świra. Ale wracając do tematu - przed wakacjami obiecałam zmiany na blogu i dzisiaj chciałabym o nich co nieco napisać. Co będziecie mogli znaleźć na Quembku?


1. Więcej prywaty/lifestylu - nie tylko po włosku 

Uwielbiam Instagrama i to nie tylko dlatego, że można tam oglądać i wrzucać piękne zdjęcia, ale też za to, że na bieżąco utrzymuję tam kontakt z ludźmi. Trochę zmęczyła mnie moja forma bloga, zbyt sztywna, pisanie głównie przepisów, podciąganie wszystkiego pod tematykę włoską i brak interakcji z ludźmi. Jeszcze przed wakacjami miałam coraz mniej serca do pisania na blogu, a na Instagramie działałam praktycznie codziennie. Postanowiłam więc zmienić formę bloga, bo po co się męczyć, w końcu pisanie ma być przyjemnością.Wiem, że wiele osób może nie będzie z takiej zmiany zadowolonych, bo przychodzą tu dla "Włoch", nie dla mnie, ale jest tyle świetnych blogów jedynie o tematyce podróżniczej czy kulinarnej, że każdy bez problemu znajdzie coś dla siebie. A włoskich przepisów i podróży oczywiście nie zabraknie także i u mnie, ale o tym w następnych punktach.


2. Zdrowa kuchnia - włoska i nie tylko 

Jeszcze w zeszłym miesiącu daleko było mi do zdrowego stylu życia. Dzień bez coli był dniem straconym, jadłam mnóstwo białej mąki, słodyczy i nie uprawiałam żadnego sportu (przynosząc wstyd mojemu tacie, który jest wielokrotnym mistrzem (Polski, Europy, ba, nawet świata) w najróżniejszych kategoriach biegowych ;)). I pewnie dalej bym to robiła, bo jakoś nigdy nie miałam większej motywacji, żeby wziąć się za siebie, gdyż mam to szczęście, że nawet jedząc same świństwa nie mam problemów z wagą. A tu nagle dowiaduję się od lekarza, że muszę zrezygnować z cukru i białej mąki. Tak, mieszkając we Włoszech mam zrezygnować z białej mąki!!! i cukru (addio pizza, pasta i cornetti). Po chwilowej panice postanowiłam jednak zaopatrzyć się w mąki gryczane, żytnie, orkiszowe i inne cuda i porządnie wzięłam się za siebie. I tak od dwóch tygodni nie tykam białego cukru, jem zdrowo, regularnie, biegam , spaceruję i czuję się świetnie! A jak to ma się do bloga? A no tak, że zamiast klasyków włoskiej kuchni, będę teraz kombinować z przepisami na zdrowe odpowiedniki włoskiego jedzenia. To oczywiście nie oznacza, że będę kogoś zmuszać do zamiany makaronu pszennego na gryczany, a przepisy na sosy do pasty nadal będą się na blogu pojawiały. A do tego raz na tydzień mogę sobie pozwolić na cheat meal, więc pewnie z czasem pojawi się też coś z tym złym cukrem ;).


3. Więcej zdjęć

Mam zamiar publikować posty częściej i przede wszystkim wrzucać więcej zdjęć. Fotografia to jedna z moich pasji i chociaż jestem amatorką - o technicznej stronie fotografii nie wiem jeszcze praktycznie nic - to lubię robić zdjęcia, a z efektów jestem zadowolona ;) I po raz kolejny - nie będą to tylko fotki we włoskim klimacie, ale i tych oczywiście nie zabraknie (mieszkanie we Włoszech i miłość do tego kraju zobowiązuje :))


4. Więcej "okołodomowych" tematów

Część z Was pewnie wie, że zajmuję się domem - lub jeśli ktoś woli - jestem kurą domową (i nie, nie uważam, że to powód do wstydu ani wynik braku ambicji :)) A że to zajęcie uwielbiam, to na blogu będą pojawiały się też "domowe" tematy. O kuchni już wspomniałam, ale co jeszcze chciałabym dorzucić? Wnętrza, dekoracje, projekty DIY i kto wie, może jak mnie poniesie fantazja, to pojawią się też posty o oszczędzaniu i organizacji w domu :) 


5. Rękodzieło

Poza prowadzeniem domu i blogowaniem zajmuję się też rękodziełem, a dokładniej szydełkowaniem. Zaczęło się od dekoracji do domu - pufy, koszyki, podkładki itp., a teraz doszły do tego też szydełkowe maskotki. Pojawią się więc zdjęcia moich prac, a w głowie nieśmiało zakwita też myśl, żeby zacząć tworzyć szydełkowe schematy (ale to na razie tylko pomysł :))


6. Podróże i Mediolan

Oczywiście na blogu nie zabraknie postów o podróżach i o moim ukochanym Mediolanie (zaraz zabieram się za wpis o tym, jak jeść taniej w światowej stolicy mody :)). Chciałabym poznawać Mediolan coraz lepiej, wybrać się wreszcie na wycieczkę po muzeach, posłuchać koncertu w filharmonii La Verdi, wejść na dach Duomo i brać udział w okolicznych eventach (a tych Mediolan ma do zaoferowania mnóstwo!). W październiku będę miała okazję pozwiedzać okoliczne miasteczka, a pięknych miejsc w Lombardii nie brakuje. No i kto wie, może wreszcie uda mi się zorganizować podróż do Rzymu!


Jak widzicie nie mam zamiaru wyeliminować włoskich klimatów, a jedynie dodać kilka nowych wątków.  Mam nadzieję, że takie zmiany Wam się spodobają i zostaniecie tu ze mną na dłużej. A że obiecałam więcej prywaty, to dodam, że oprócz zmian na blogu, szykuje się spora zmiana w moim życiu - w grudniu zostanę panią Grillo! :) 

Miłego dnia Wam wszystkim życzę!




piątek, 6 lipca 2018

Widzimy się we wrześniu

Widzimy się we wrześniu

Ciao! Robię sobie mały blogowo-facebookowy urlop, ale we wrześniu wracam tu ze zdwojonymi (mam nadzieję) siłami.😊 W głowie mam dużo pomysłów na zmiany i chciałabym, żeby ten blog był bardziej osobisty, bardziej mój, zachowując oczywiście włoski klimat, ale nie tylko na nim się skupiając. Na razie czeka mnie jednak trochę wizyt gości, wyjazd do Polski, przygotowania do ślubu i kilka szydełkowych projektów, więc wolę wstrzymać się z blogiem do września, niż pisać go „na odwal".😊 Mam nadzieję, że do tego czasu mnie nie opuścicie, a tych, co mają instagrama zapraszam na mój profil, bo tam postaram się być na bieżąco. Udanych wakacji Wam wszystkim życzę! 





💛





środa, 20 czerwca 2018

Lekka sałatka z brzoskwinią i bazylią

Lekka sałatka z brzoskwinią i bazylią
Upały rozgościły się już chyba na dobre, dlatego podrzucam przepis na super szybką sałatkę z brzoskwinią i bazylią. Jest bardzo delikatna w smaku, więc sprawdzi się idealnie zwłaszcza na letnie kolacje. Mozzarellę można zastąpić jakimś bardziej wyrazistym serem, jednak nie pomijajcie bazylii, bo to właśnie ona w połączeniu z brzoskwinią daje wyjątkowy smak. Sałatka jest tak banalnie prosta w przygotowaniu, że aż trochę głupio mi pisać instrukcję :)


Składniki na 2 porcje:

- dwie garści sałaty (np. roszponki lub miksu sałat)
- 1 soczysta brzoskwinia
- 1 kulka mozzarelli
- kilka listków bazylii
- czarny sezam

Na sos:

- 2 łyżeczki miodu
- 2 łyżeczki soku z cytryny
- 4-5 łyżek oliwy z oliwek
- sól
- pieprz

1. W słoiku umieszczamy miód, sok z cytryny, oliwę, sól i pieprz, następnie zakręcamy i wstrząsamy do połączenia się składników.

2. Brzoskwinię kroimy w półksiężyce, a mozzarellę w kostkę. Na talerzu układamy sałatę, na niej pokrojoną brzoskwinię i mozzarellę, a na wierzchu listki bazylii. Polewamy sosem, i posypujemy czarnym sezamem. Gotowe! Sałatkę najlepiej podawać z grzankami.


Wszystkich miłośników Włoch zapraszam do naszej grupy facebookowej:


Copyright © 2016 Quembec - lifestyle po włosku , Blogger