sobota, 15 lipca 2017

Casalinga, czyli o tym jak zostałam kurą domową

Na wstępie chcę zaznaczyć, że określenia kura domowa użyłam żartobliwie. Jeśli więc spodziewacie się zwierzeń zdesperowanej gospodyni, to trochę się rozczarujecie. :)


Gdyby ktoś powiedział mi kilka lat temu, że będę chciała zajmować się domem, to chyba uśmiałabym się do łez. Nienawidziłam sprzątać, przez co moje współlokatorki miały mnie serdecznie dosyć. Na studiach żywiłam się głównie fast foodami, a na weekendy uciekałam do mamy na gotowe obiadki. Ale gdy tylko tata zapytał mamę, czy zrobi mu coś do jedzenia, to zaraz się buntowałam, że przecież sam może sobie zrobić i co to w ogóle za wykorzystywanie. :)

Studiowałam geografię. Do tej pory nie mogę sobie przypomnieć, dlaczego właściwie wybrałam ten kierunek. Nie, wyboru nie żałuję, bo to było kilka wspaniałych lat, ale co chciałam robić po studiach, do tej pory nie jest dla mnie jasne. Wiedziałam, że nie chcę być nauczycielką, bo kompletnie nie wiem, jak radzić sobie z dziećmi. W trakcie studiów magisterskich zaczęła mi świtać myśl, że może chciałabym pracować w organizacji non profit. Później zainteresowałam się geografią medyczną i przez kilka dni studiowałam nawet zdrowie publiczne na Uniwersytecie Medycznym. Przez całe 4 lata (studia magisterskie skończyłam w przyspieszonym trybie) nie miałam jednak pewności, co do jednego określonego zawodu. 

Jeszcze podczas studiów poznałam Waltera. Po tygodniu od jego przyjazdu do Polski zostaliśmy parą. Chwilę później razem zamieszkaliśmy. Po czasie to wszystko wydaje mi się nieprawdopodobne, bo kilka lat temu wpadałam w panikę, gdy tylko musiałam powiedzieć słowo po angielsku. Co ta miłość robi z człowiekiem. :)

Mijały miesiące i trzeba było podjąć jakąś decyzję. Erasmus Waltera się kończył, zdecydowaliśmy więc, że teraz kolej na mnie i zapisałam się na praktyki studenckie do organizacji romskiej w Mediolanie. Miałam wyjechać na 4 miesiące, a zostałam na stałe. W zasadzie nawet nie było tematu, od razu stało się dla nas jasne, że chcemy założyć razem rodzinę i rozłąka nie wchodzi w grę. Niektórzy znajomi dziwili się, że chcę zrezygnować ze swojego życia dla chłopaka, ale o jakiej rezygnacji mowa? Studia w Polsce już skończyłam, pracy jeszcze nie miałam, a bilety do Polski były tak tanie, że wiedziałam, że mogę odwiedzać rodzinę i znajomych nawet co miesiąc. 

Pozostało mi zdecydować, co właściwie chcę robić. Na początku nie znałam jeszcze języka, więc zapisałam się na kurs włoskiego, a w międzyczasie pisałam pracę magisterską. Po obronie zaczęłam pracować jako kelnerka. Później skończyłam kurs na organizatorkę eventów, a następnie na wedding planner. I pewnie dalej próbowałabym podążać tą drogą, gdybym w tym samym czasie nie wpadła na pomysł stworzenia Quembka. Założyłam swoją działalność gospodarczą, pracowałam w domu i wreszcie mogliśmy przygarnąć wymarzonego psiaka. Niestety pomysł z rękodziełem nie wypalił i firmę musiałam w tym roku zamknąć. W ten sposób zostałam bez pracy i... wreszcie odetchnęłam. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, ile stresu kosztowało mnie prowadzenie firmy. Ciągłe problemy z księgowym, licencje, urzędy, opłaty, rozliczenia, a wszystko to nawet nie we własnym języku. I znowu pojawił się dylemat, co dalej robić. Rozważaliśmy przez chwilę opcję przeprowadzki do Polski, gdzie obydwoje moglibyśmy spróbować robić karierę, jednak zarabiając przy tym mniej niż we Włoszech. Tylko chwileczkę. Czy naprawdę w tych czasach wszyscy muszą robić karierę? Zrozumiałam, że wcale mi na tym nie zależy. Przynajmniej nie teraz. Ktoś może zarzucić mi brak ambicji, ale prawda jest taka, że nigdy nie czułam się tak spełniona, jak w tym momencie. Robię to, co kocham. Bloguję, gotuję, czytam, uczę się, zwiedzam, zajmuje się naszym domem i psiakiem. Obydwojgu nam taka opcja odpowiada, dlaczego więc bycie gospodynią domową musi być ciągle postrzegane jako coś złego? Gdy tylko mój W. mówi komuś, że jestem casalinga (gospodynią domową), to zaraz pojawiają się zarzuty, że zamknął mnie biedną w domu, każe mi prać na tarze, szorować gary i pastować podłogę na kolanach. Dlaczego ludziom tak ciężko zrozumieć, że prowadzenie domu może być dla kogoś przyjemnością, że w ten sposób się spełnia i że nie wszystkie kobiety marzą o zostaniu bizneswoman? 

Wiem, że jeszcze nie raz zmienię zdanie. Ba, może kiedyś będę chciała nawet robić tę osławioną karierę. Na razie jednak jestem szczęśliwa tu, gdzie jestem. Dbając o to, żeby w naszym domu panowała rodzinna atmosfera i żebyśmy byli szczęśliwi. Nie marzę o wspinaniu się po szczeblach kariery, tylko o domku na wsi, w którym unosi się zapach świeżo wypieczonego chleba i słychać tupot małych stópek. I wiecie co? Wcale się tego nie wstydzę. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Quembec - lifestyle po włosku , Blogger