niedziela, 16 września 2018

Tygodniowy miszmasz

Mam tyle pomysłów na nowe posty, że...od tygodnia nie napisałam żadnego. Jednak coś jest w paradoksie wyboru i more is less. Albo po prostu słabo u mnie z organizacją :) Ostatnio zastanawiałam się, co najbardziej lubię czytać na innych blogach i w jakie linki najczęściej klikam. I doszłam do wniosku, że są to posty z serii przegląd tygodnia, miesiąca, czy tu i teraz. Lubię podglądać, co działo się u innych blogerów i to właśnie te posty najczęściej inspirują mnie, żeby sięgnąć po jakąś książkę, zobaczyć film, odwiedzić ciekawe miejsce czy np. posłuchać nowej składanki - w końcu zrozumiałam, skąd wziął się termin influencer! ;) Moje zasięgi są trochę za słabe, żeby nazywać się influencerką, ale to chyba nie stoi na przeszkodzie, żebym i ja taki cykl u siebie zrobiła. To będzie takie moje małe podsumowanie tygodnia, a jeśli przy okazji zachęci kogoś np. do zobaczenia czegoś fajnego czy też ruszenia się z kanapy, to, kurczę, może będę mogła nazwać się mikroinfluncerką? :D


A więc co ostatnio się u mnie działo?

Mija trzeci tydzień odkąd odstawiłam cukier, białą mąkę i zaczęłam ćwiczyć. W tym tygodniu postawiłam na rowerek stacjonarny (w połączeniu z Netflixem to duet idealny) i ćwiczenia na nogi. I wiecie co? Naprawdę fajnie jest czuć pracujące mięśnie, a nie tylko przelewający się cellulit. Oczywiście życie nie jest takie piękne i cellulit nie zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale widzę, jak w tak krótkim czasie zmienia się moje ciało i to jest naprawdę fajne. Chociaż to tylko efekt uboczny i nie dlatego przeszłam na dietę, ale to już temat na oddzielny post.

Pozostając w temacie sportu muszę pochwalić się sukcesami mojego taty. Przez ostatnie dwa tygodnie brał udział w Mistrzostwach Świata Masters w Maladze i skosił 4 biegowe medale, w tym dwa złote, jeden srebrny i jeden brąz. Nie ma co, fajnie jest być córką mistrza świata (a mistrza i Małgorzaty najfajniej na świecie :))!



Jak wspomniałam wcześniej, pedałując na rowerku stacjonarnym można jednocześnie robić dużo fajnych rzeczy, np. słuchać audiobooka czy obejrzeć coś dobrego. I tu mogę Wam polecić dokument na Netfliksie - Minimalism: a documentary about the important things. Niby banały - pieniądze szczęścia nie dają, mniej znaczy więcej itp. itd., ale nie są to wcale rzeczy oczywiste dla każdego. Mam wrażenie, że zwłaszcza we Włoszech widać ciągły pęd za kasą, a nierobienie kariery jest powodem do wstydu.


Można też obejrzeć coś mniej ambitnego. Powinnam przyznawać się publicznie, że katuję ostatni sezon Pamiętników Wampirów? Oczywiście, że powinnam, bo uważam, że nie ma abslotunie nic złego w obejrzeniu mało ambitnego serialu czy przeczytaniu mało ambitnej książki, a każdy ma prawo do takiego relaksu, jaki lubi. Dlaczego o tym piszę? Bo wkurzają mnie osoby, które naśmiewają się z innych za czytanie 50 twarzy Greya czy oglądanie Zmierzchu, gdyż sami czytają Tołstoja, lubują się jedynie w kinematografii czeskiej i w ogóle są ah i eh (nie znoszę pozerstwa!).  Można znaleźć złoty środek i sięgnąć zarówno po coś naprawdę dobrego, jak i spędzić wieczór z romansidłem i nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia!

I ostatnie serialowe doniesienia - dopiero dowiedziałam się, że Netflix szykuje serial o Wiedźminie i już nie mogę się doczekać! To idealna okazja, żeby odświeżyć sobie całą sagę. Są tu fani Sapkowskiego?



Żeby nie było, że tylko oglądam seriale - czasem też czytam ;) Mam mały problem z samokontrolą, więc przeważnie jest to kilka książek naraz. W tej chwili są to: Tre sorelle nel bosco (po polsku - Wiejmy do lasu - zapowiada się bardzo dobrze!), Kroniki Jakuba Wędrowycza (ta książka jest tak absurdalna, że nawet nie wiem, co o niej napisać) i książkę o slow life. Kto z Was też nie potrafi poprzestać na jednej książce?



Jeszcze trochę prywaty na koniec - w tym tygodniu udało nam się wreszcie wysłać zaproszenia na ślub. Zdecydowaliśmy się na zaproszenia przez Internet, bo a. to dużo wygodniejsza forma mając gości z dwóch różnych krajów, b. szkoda papieru, c. jest XXI wiek, d. trochę denerwują mnie ślubne konwenanse. Oczywiście nie mam nic przeciwko papierowym zaproszeniom, ale mam mały problem z "bo tak wypada" i "bo tak robią wszyscy".

To by było na tyle quembkowej plątaniny. Kolejna część za tydzień - mam nadzieję, że wrócicie! :) A na koniec kilka fotek ze spaceru po Mediolanie:











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 Quembec - lifestyle po włosku , Blogger