poniedziałek, 10 czerwca 2019

Summer bucket list, czyli lista letnich przyjemności

Summer bucket list, czyli lista letnich przyjemności

Kiedy byłam mała, uwielbiałam lato. Czytałam na kocu Bravo Girl i Filipinkę. Robiłam sobie domowe maseczki, biegałam boso po trawie i chłodziłam się pod ogrodowym spryskiwaczem. Wspinałam się na drzewa i zrywałam czereśnie. Grałam w klasy i w gumę. Kąpałam się w rzece niedaleko domu. Jeździłam z rodziną nad morze do Łeby i Krynicy Morskiej. Jedliśmy lody, gofry, budowaliśmy zamki z piasku. Do tej pory pamiętam jedną z takich rodzinnych wycieczek, kiedy całą drogę słuchaliśmy płyty Captain Jack (nie mam zielonego pojęcia o czym są te piosenki (i może to i lepiej), ale Badada didado chyba nigdy nie wyleci mi z głowy 😉). Nie zapomnę też naszego żółtego vana, którym podróżowaliśmy. To były świetne lata, kiedy do szczęścia naprawdę nie potrzebowaliśmy wiele i trochę mi przykro, że moje dzieci będą wychowywały się w czasach tabletów, Iphonów i Internetu. Pozostaje mi mieć nadzieję, że uda mi się im przekazać chociaż trochę ducha lat 90. 😊 Wracając jednak do tematu lata...Kiedy byłam mała, korzystałam z niego w 100% i chyba jak większość dzieciaków, wprost nie mogłam się doczekać wakacji. To był czas beztroski, słodkiego lenistwa, czas, który spędzałam z rodziną i moją najlepszą przyjaciółką.


Odkąd mieszkam w Mediolanie, na samo słowo lato, dostawałam dreszczy. Ponad 30-stopniowe upały przez dwa, trzy miesiące w roku. Klimatyzacja, przez którą połowę letniego czasu spędzałam na chorowaniu. Do tego wszędzie dookoła poddenerwowani przez upały ludzie, którzy ani nie są mili, ani ładnie nie pachną 😉 Kiedy tylko zaczynało się lato, odliczałam więc dni do mojej ukochanej jesieni. W tym roku postanowiłam jednak to zmienić! Mam zamiar korzystać z lata tak, jak robiła to kilku, kilkunastoletnia Marysia. Nie chcę już marnować letnich dni i czekać, aż miną. A żeby sobie w tym pomóc, przygotowałam letnią bucket list, czyli listę przyjemnych rzeczy do zrobienia w nadchodzącym sezonie. Kto z Was przyłączy się do mojego małego wyzwania? 😊

  1. Zrobić zdrowe, domowe lody
  2. Spędzić dzień nad miejskim, odkrytym basenem
  3. Jechać nad jezioro
  4. Przeczytać babskie czasopismo wylegując się na kocu
  5. Urządzić sobie domowe spa
  6. Wyjść na spacer podczas letniego deszczu
  7. Przeczytać kilka części Jeżycjady
  8. Zrobić zdrową lemoniadę
  9. Iść na grilla lub na piknik
  10. Podziwiać zachód słońca nad morzem
  11. Zrobić owocową sałatkę
  12. Pobiegać na plaży
  13. Pograć w badmintona/frisbee
  14. Napisać post z pomysłami na letnie obiady
  15. Zrobić letniego, bezalkoholowego drinka
  16. Zwiedzić przynajmniej jedno nowe miasto
  17. Podziwiać „spadające gwiazdy”
  18. Wybrać się na wędrówkę po rezerwacie Zingaro na Sycylii
  19. Zagrać w mini golfa
  20. Zrobić i wywołać wakacyjne zdjęcia
  21. Wysłać wakacyjną pocztówkę/list
  22. Spróbować nowej sycylijskiej potrawy



P.S. Tak, ta blond pyza w udzierganym przez mamę sweterku, to ja 😊

środa, 29 maja 2019

Dlaczego warto pojechać do Kalabrii?

Dlaczego warto pojechać do Kalabrii?
Odkąd pojawiły się tanie loty z Polski do Kalabrii, włoskie miasteczko Tropea opanowali polscy turyści. I nie ma się czemu dziwić, bo to miejsce jest naprawdę przepiękne! Krystalicznie czysta woda, klimatyczne uliczki, obwieszone lokalnymi produktami APE - prawdziwa kwintesencja włoskości.


Naszym miejscem docelowym w Kalabrii była miejscowość Coccorino, a konkretnie villa Belvedere. Wybraliśmy się tam na tygodniowy rodzinny zlot w składzie: 9 osób dorosłych, jeden niemowlak i jeden psiak  :). Rodzina przyleciała z Polski do miasta Lamezia Terme, my z mężem i Daisy dojechaliśmy samochodem z Mediolanu (tylko trochę ponad 1200 km w jedną stronę - takie to uroki podróżowania z psem ;)). Co robiliśmy na miejscu? Grillowaliśmy, pływaliśmy w basenie, leniliśmy się w jacuzzi, plotkowaliśmy, a ja dodatkowo zapoznawałam się z moją kochaną malutką bratanicą. Widywanie się z rodziną jedynie od czasu do czasu, to niestety ta gorsza strona emigracji. 





Podczas naszego tygodniowego wyjazdu, trafiła nam się wyjątkowo kapryśna pogoda, więc ostatecznie wybraliśmy się tylko na kilkugodzinną wycieczkę do Tropei. Dzisiaj nie będę pisała więc o tym, co konkretnie warto w Kalabrii zobaczyć, bo sama za mało widziałam. Zresztą od tego regionu specjalistką jest Aneta z Hello Calabria :). Pokaże Wam za to zdjęcia - myślę, że obronią się same (chociaż trochę podrasowane filtrem :P). Czy warto pojechać do Kalabrii? No sami spójrzcie! 

















P.S. Będąc w Tropei, spróbujcie koniecznie lokalnej cebuli - cipolla di Tropea!



czwartek, 11 kwietnia 2019

Weekend w Barcelonie

Weekend w Barcelonie
Ile razy wkurzałam się na ludzi, którzy pisali, że Mediolan im się nie podobał, że nie zrobił na nich dużego wrażenia, że chaos, brak włoskiego klimatu itp., itd. Po moim weekendowym wyjeździe do Barcelony zaczynam te osoby trochę rozumieć. Wielkie miasta zaczynają być dla mnie po prostu męczące. Pewnie teraz myślicie, cóż to ona wypisuje, jak sama MIESZKA w Mediolanie, ale mieszkanie w jakimś mieście, a zwiedzanie go, to dwie kompletnie różne rzeczy. Dlatego też zaczynam rozumieć marudzących na Mediolan - gdybym sama miała okazję zwiedzać to miasto w weekend, obskoczyć wszystko na szybkości, przedzierać się przez tłumy i przez cały ten czas być nagabywana przez sprzedawców bransoletek i torebek Djor, pewnie też nie byłabym zachwycona. A mniej więcej tak wyglądał mój weekend w Barcelonie.


Do Barcelony wybrałam się na babski wyjazd z moimi przyjaciółkami ze studiów. Mając takie towarzystwo, wyjazd oczywiście musiał być udany i taki też był, jeśli jednak chodzi o samo miasto, mam mieszane uczucia. Z jednej strony Barcelona pełna jest pięknych miejsc i pewnie musiałabym tam spędzić z miesiąc, żeby na spokojnie je zobaczyć. Z drugiej natomiast miałam do dyspozycji tylko dwa weekendowe dni, a to oznacza, że wszędzie były tłumy, a mając tak mało czasu, biegając od jednego do drugiego miejsca, przedzierając się przez zatłoczone ulice i natrętnych handlarzy, trudno mi było to piękno docenić. 

Zwiedzanie zaczęłyśmy od Parku GüellChociaż samo wejście do parku jest darmowe, żeby zobaczyć centralną część ze słynną mozaikową ławką, trzeba kupić bilet.  Wybrałyśmy się tam w sobotę rano, ale okazało się, że bilety były już wyprzedane. Dowiedziałyśmy się jednak, że możemy wrócić po godzinie 19 i wejść za darmo także na słynny taras. Przyznam szczerze, że dużo bardziej spodobała mi się otwarta dla wszystkich część parku, niż jego część centralna. Trafiłyśmy na remont (i oczywiście na spoooorą grupę turystów), więc oczekiwania trochę rozminęły się z rzeczywistością). Sam park natomiast jest piękny i kolorowy, wszędzie kwitły kwiaty i słychać było śpiew ptaków (a sztuczny śpiew, wydawany przez sprzedawane przez handlarzy ptasie figurki, przemilczę ;)


















Z głównych barcelońskich atrakcji, oprócz parku Güell, udało nam się zobaczyć (choć jedynie z zewnątrz) najsłynniejszy plac budowy, czyli Sagrada Familia. Przeszłyśmy się ulicą la Rambla, z której bardzo szybko uciekłyśmy, bo tłok był niesamowity. Wstąpiłyśmy też na bazar, la Boqueria, skąd uciekłyśmy jeszcze szybciej, a wygonił nas zapach zdechłych ryb (dzień wcześniej oblewałyśmy nasz babski wyjazd sangrią, którą mieszałyśmy z polską wiśniówką ;)).









Niedzielę przeznaczyłyśmy natomiast na wycieczkę na wzgórze Tibidabo (Kasia, podobnie jak ja, jest psychofanką Przyjaciół, dla niewtajemniczonych filmik poniżej). Wędrówka z plecakiem nie wchodziła w grę, bo nie wzięłam ze sobą nawet adidasów, planowałyśmy więc wjazd kolejką. Na miejscu okazało się jednak, że kolejka nie działa (!) i pozostał nam tylko autobus. A żeby kupić bilet na autobus, musiałyśmy też kupić bilet do parku rozrywki (na marginesie jednego z najstarszych w Europie). Zrobiłyśmy więc rundkę na diabelskim młynie i przewiało nas tak srogo, że z innych atrakcji postanowiłyśmy zrezygnować. Zjadłyśmy za to po porcji churros, zwiedziłyśmy Kościół Najświętszego Serca, wstąpiłyśmy na patatas bravas (chyba jedyny z tapas, który mi zasmakował) i wróciłyśmy do naszego apartamentu, ogrzewać się przy ciepłej herbacie (jak przystało na trzy prawie 30-letnie staruszki).









Podsumowując, Barcelona nie zrobiła na mnie ogromnego wrażenia. Moje kubki smakowe nie oszalały też na punkcie hiszpańskiego jedzenia i sangrii, ale... Doskonale zdaję sobie sprawę, że za taki stan rzeczy odpowiada pewnie to, że zwiedzałyśmy Barcelonę w weekend i na szybko. Jeśli natomiast chodzi o jedzenie, bardzo możliwe, że po prostu nie trafiłyśmy na dobre knajpy. Mój brat jest natomiast zdania, że to wszystko wina mojego wegetarianizmu i jakbym spróbowała chorizo, to bym szybko zmieniła zdanie ;) (no cóż, muszę uwierzyć mu na słowo). Kiedyś na pewno dam Barcelonie drugą szansę i kto wie, może jeszcze się w niej zakocham. Na razie jednak Włochy i włoskie jedzenie chyba zmonopolizowały moje serce.
Copyright © 2016 Quembec - lifestyle po włosku , Blogger