czwartek, 11 kwietnia 2019

Weekend w Barcelonie

Weekend w Barcelonie
Ile razy wkurzałam się na ludzi, którzy pisali, że Mediolan im się nie podobał, że nie zrobił na nich dużego wrażenia, że chaos, brak włoskiego klimatu itp., itd. Po moim weekendowym wyjeździe do Barcelony zaczynam te osoby trochę rozumieć. Wielkie miasta zaczynają być dla mnie po prostu męczące. Pewnie teraz myślicie, cóż to ona wypisuje, jak sama MIESZKA w Mediolanie, ale mieszkanie w jakimś mieście, a zwiedzanie go, to dwie kompletnie różne rzeczy. Dlatego też zaczynam rozumieć marudzących na Mediolan - gdybym sama miała okazję zwiedzać to miasto w weekend, obskoczyć wszystko na szybkości, przedzierać się przez tłumy i przez cały ten czas być nagabywana przez sprzedawców bransoletek i torebek Djor, pewnie też nie byłabym zachwycona. A mniej więcej tak wyglądał mój weekend w Barcelonie.


Do Barcelony wybrałam się na babski wyjazd z moimi przyjaciółkami ze studiów. Mając takie towarzystwo, wyjazd oczywiście musiał być udany i taki też był, jeśli jednak chodzi o samo miasto, mam mieszane uczucia. Z jednej strony Barcelona pełna jest pięknych miejsc i pewnie musiałabym tam spędzić z miesiąc, żeby na spokojnie je zobaczyć. Z drugiej natomiast miałam do dyspozycji tylko dwa weekendowe dni, a to oznacza, że wszędzie były tłumy, a mając tak mało czasu, biegając od jednego do drugiego miejsca, przedzierając się przez zatłoczone ulice i natrętnych handlarzy, trudno mi było to piękno docenić. 

Zwiedzanie zaczęłyśmy od Parku GüellChociaż samo wejście do parku jest darmowe, żeby zobaczyć centralną część ze słynną mozaikową ławką, trzeba kupić bilet.  Wybrałyśmy się tam w sobotę rano, ale okazało się, że bilety były już wyprzedane. Dowiedziałyśmy się jednak, że możemy wrócić po godzinie 19 i wejść za darmo także na słynny taras. Przyznam szczerze, że dużo bardziej spodobała mi się otwarta dla wszystkich część parku, niż jego część centralna. Trafiłyśmy na remont (i oczywiście na spoooorą grupę turystów), więc oczekiwania trochę rozminęły się z rzeczywistością). Sam park natomiast jest piękny i kolorowy, wszędzie kwitły kwiaty i słychać było śpiew ptaków (a sztuczny śpiew, wydawany przez sprzedawane przez handlarzy ptasie figurki, przemilczę ;)


















Z głównych barcelońskich atrakcji, oprócz parku Güell, udało nam się zobaczyć (choć jedynie z zewnątrz) najsłynniejszy plac budowy, czyli Sagrada Familia. Przeszłyśmy się ulicą la Rambla, z której bardzo szybko uciekłyśmy, bo tłok był niesamowity. Wstąpiłyśmy też na bazar, la Boqueria, skąd uciekłyśmy jeszcze szybciej, a wygonił nas zapach zdechłych ryb (dzień wcześniej oblewałyśmy nasz babski wyjazd sangrią, którą mieszałyśmy z polską wiśniówką ;)).









Niedzielę przeznaczyłyśmy natomiast na wycieczkę na wzgórze Tibidabo (Kasia, podobnie jak ja, jest psychofanką Przyjaciół, dla niewtajemniczonych filmik poniżej). Wędrówka z plecakiem nie wchodziła w grę, bo nie wzięłam ze sobą nawet adidasów, planowałyśmy więc wjazd kolejką. Na miejscu okazało się jednak, że kolejka nie działa (!) i pozostał nam tylko autobus. A żeby kupić bilet na autobus, musiałyśmy też kupić bilet do parku rozrywki (na marginesie jednego z najstarszych w Europie). Zrobiłyśmy więc rundkę na diabelskim młynie i przewiało nas tak srogo, że z innych atrakcji postanowiłyśmy zrezygnować. Zjadłyśmy za to po porcji churros, zwiedziłyśmy Kościół Najświętszego Serca, wstąpiłyśmy na patatas bravas (chyba jedyny z tapas, który mi zasmakował) i wróciłyśmy do naszego apartamentu, ogrzewać się przy ciepłej herbacie (jak przystało na trzy prawie 30-letnie staruszki).









Podsumowując, Barcelona nie zrobiła na mnie ogromnego wrażenia. Moje kubki smakowe nie oszalały też na punkcie hiszpańskiego jedzenia i sangrii, ale... Doskonale zdaję sobie sprawę, że za taki stan rzeczy odpowiada pewnie to, że zwiedzałyśmy Barcelonę w weekend i na szybko. Jeśli natomiast chodzi o jedzenie, bardzo możliwe, że po prostu nie trafiłyśmy na dobre knajpy. Mój brat jest natomiast zdania, że to wszystko wina mojego wegetarianizmu i jakbym spróbowała chorizo, to bym szybko zmieniła zdanie ;) (no cóż, muszę uwierzyć mu na słowo). Kiedyś na pewno dam Barcelonie drugą szansę i kto wie, może jeszcze się w niej zakocham. Na razie jednak Włochy i włoskie jedzenie chyba zmonopolizowały moje serce.
Copyright © 2016 Quembec - lifestyle po włosku , Blogger